Władimir Putin oświadczył w środę wieczorem w telewizji Rossija 1, że Rosja analizuje możliwość natychmiastowego wycofania się z europejskiego rynku gazowego. Kontekst jest precyzyjnie wybrany: ceny gazu w Europie gwałtownie rosną wskutek wojny w Iranie i blokady cieśniny Ormuz, a Bruksela wysłała sygnały, że rosyjska energia może być jednak potrzebna w krótkim terminie.
Putin tłumaczył logikę ewentualnego odcięcia bez ogródek: „Planują wprowadzić ograniczenia w zakupie rosyjskiego gazu, zaczynając za miesiąc, 25 marca. Rok później wejdą w życie kolejne restrykcje, aż do całkowitego zakazu. Teraz otwierają się inne rynki. I być może bardziej korzystne byłoby dla nas przerwanie dostaw już teraz”. Decyzja jeszcze nie zapadła – ale komunikat jest wystarczająco wyraźny.
CYNICZNYM OKIEM: Europa przez trzy lata ogłaszała uniezależnienie się od rosyjskiego gazu, a teraz – przy pierwszym większym kryzysie na Bliskim Wschodzie – Bruksela dyskretnie sugeruje, że rosyjska energia mogłaby się jednak przydać. Putin to zauważył i postanowił o tym powiedzieć głośno.
Sabotaż, terroryzm i gazowiec na dnie
Groźba odcięcia to nie jedyny element środowej wypowiedzi Putina. Rosyjski prezydent oskarżył Ukrainę – przy wsparciu zachodnich służb – o planowanie wysadzenia rurociągów Blue Stream i Turkish Stream na Morzu Czarnym: „Tak jak kiedyś wysadzono Nord Streamy, tak teraz w Kijowie przygotowują się do wysadzenia kolejnych rurociągów. Poinformowaliśmy o tym naszych tureckich przyjaciół”. Turcy zostali ostrzeżeni – co jest zarazem dyplomatycznym ruchem i publicznym postawieniem Ankary przed wyborem.
Równolegle rosyjskie Ministerstwo Transportu poinformowało, że gazowiec LNG „Arctic Metagaz” płynący z Murmańska został zaatakowany przez ukraińskie drony morskie wystrzelone z wybrzeża Libii i zatonął na Morzu Śródziemnym. Putin nazwał to terroryzmem. Ukraina nie potwierdziła swojego udziału.
Wiarygodny dostawca w ogniu własnej narracji
Putin zadbał o zachowanie pozorów racjonalności: określił Rosję mianem wiarygodnego dostawcy i wyjaśnił, że obecny wzrost cen gazu w Europie nie wynika ze spadku wolumenów dostaw, lecz z globalnej sytuacji rynkowej wywołanej konfliktem na Bliskim Wschodzie. Dostawy nie spadły – rynek sam się przestraszył.
„To bardzo niebezpieczna gra, zwłaszcza dzisiaj” – dodał, komentując europejską politykę energetyczną. Trudno nie przyznać, że ma rację, choć diagnoza pochodzi od gracza siedzącego po drugiej stronie stołu.
CYNICZNYM OKIEM: Putin jednocześnie grozi odcięciem dostaw i zapewnia, że jest wiarygodnym dostawcą – w tej samej wypowiedzi, tego samego wieczoru. Sprzeczność nikogo nie razi, bo Europa potrzebuje gazu bardziej niż spójnej narracji.



