Na koniec 2025 roku świat wygląda bardziej jak pacjent psychiatryczny niż ekonomiczny. Diagnoza? Zespół rozdwojenia monetarno-geopolitycznego.
Fed – coś między lekarzem reanimującym, a hazardzistą – wykonał symboliczny ruch: obniżył stopy o 25 punktów bazowych do 3,75%. Nie za dużo, żeby nie wyglądać na spanikowanego, i nie za mało, żeby nie rozczarować rynków, które traktują każde cięcie jak ciąg dalszy narkotykowego programu QE Anonimowych.
Tym razem, co prawda, nie nazwano tego luzowaniem ilościowym. Ba, powiedziano wręcz, że kupowanie 40 miliardów T-Bills to „neutralna operacja zamiany aktywów”. Tak brzmi nowoczesny eufemizm dla dodawania tlenu systemowi, który od dawna powinien być w hospicjum.
Philip Marey, strateg w USA, słusznie zauważa, że gdy Trump coraz mocniej ściska Fed za gardło, stopy spadną bardziej, niż ktoś miał odwagę przyznać. I tak oto największy rynek świata znowu trafia w ręce człowieka, który nie rozróżnia inflacji od infekcji.
Europa Lagarde: związek bez chemii
W tym samym czasie Christine Lagarde wygłosiła w Strasburgu kazanie o „egzystencjalnym kryzysie Europy” – i nie chodziło tym razem o metaforę. UE rozpada się jak stara federacyjna wersalka, której każdy kraj ciągnie sprężyny w swoją stronę.
Lagarde wyliczyła, że narodowe regulacje nakładają na handel wewnątrzunijny cła wysokości 110% na usługi i 60% na towary. Czyli Europa handluje sama ze sobą bardziej niekorzystnie niż z krajami trzeciego świata.
Zamiast wspólnego rynku – mozaika miniaturowych księstw, w których urzędnik z Walencji blokuje reformę konkurencyjności, a minister z Francji deklaruje, że nie potrzebuje konkurencji wcale. Lagarde mówi o potrzebie unii rynków kapitałowych i euroobligacji na cele obronne, lecz brukselskie elity słuchają jej tak, jak pacjent słucha psychiatry: ze zrozumieniem – i bez zamiaru noszenia przepisanych lekarstw.
Tymczasem Europa, zajęta mówieniem o solidarności, właśnie przeszła na tryb samowystarczalności ego.
Kanada, Australia i inni – demokracja z objawami zmęczenia
Bank Kanady przestał udawać, że wie, co robi, i zatrzymał stopy na 2,25%, przyznając, że trudno ocenić „impet gospodarki”. Bo jak zmierzyć coś, czego nie ma? Tymczasem Australia rozważa kolejny zwrot – z jastrzębia w gołębia – po danych z rynku pracy, które wyglądają jak spektakularna pomyłka excela.
Nie wiemy, co robimy, ale ceny nieruchomości i tak rosną.
A w Londynie, gubernator Banku Anglii Andrew Bailey ma zeznawać przed komisją ds. Covidu – bo w końcu ktoś zorientował się, że może warto spytać, dlaczego banki centralne gasiły pożar benzyną. Czy wreszcie pojawi się refleksja, że makroostrożność nie polega na budowaniu domów z papieru wartościowego? Raczej nie.
CYNICZNYM OKIEM: Banki centralne są dziś jak iluzjoniści po trzydziestu latach kariery – wszyscy znają ich sztuczki, ale mimo to publiczność klaszcze, bo nie zna alternatywy.
Geopolityka: lęk, handel i ironia losu
Meksyk podnosi cła na Chiny o 50% – czyli wdraża trumpowski protekcjonizm bez Trumpa. Kanada rozważa to samo. Amerykański USTR udaje, że z Chinami można jeszcze „rekonstruować dialog”, podczas gdy Pekin buduje własny Starlink i dodaje chipy AI do listy strategicznych dóbr narodowych.
Europa reaguje na to… oburzeniem i sankcjami wobec chińskiego Temu – bo nic tak nie poprawia globalnej pozycji kontynentu, jak wojna handlowa z producentem tanich koców elektrycznych.
Indie z kolei grają w szachy pięcioma kolorami – oferując Waszyngtonowi „najlepszą umowę w historii”, ale pilnując, by przy stole siedziała też soja, ropa i własne ego.
W Ameryce Południowej sytuacja przypomina serial z gatunku House of Cards spotyka Narcos: brazylijski kongres właśnie skraca wyrok Bolsonaro, a były prezydent Boliwii Arce trafia do aresztu za korupcję. Jedyną rzeczą stabilną na kontynencie jest niestałość.
A Stany Zjednoczone? Złapały irański tankowiec u wybrzeży Wenezueli, jakby chciały przypomnieć, że nadal potrafią wyciągnąć dłoń nawet przez ocean.
Gdzie kończy się Sojusz i zaczyna samotność
Posłowie USA zaczynają głosować za wyjściem z NATO. Trump grozi Europie – więc Europa zaczyna mówić o własnej armii. Związek transatlantycki przypomina małżeństwo po pięćdziesięciu latach – żyją razem z przyzwyczajenia, ale każde sypia osobno.
Waszyngton rozważa nową strukturę globalnej władzy – C5: USA, Chiny, Rosja, Indie i Japonia.
Europa w tej koncepcji nie ma miejsca przy stole. Co najwyżej może serwować kawę.
Kanclerz Niemiec Merz uspokaja, że Niemcy „pozostaną lojalnym partnerem”. Ale to lojalność typu: „nadal jesteśmy razem, choć widujemy się głównie na spotkaniach służbowych”.
Wojna, sankcje, sprawiedliwość i cała reszta chorego układu świata
UE, z miłości do legalizmu, próbuje właśnie przepchnąć 210 miliardów euro pożyczki dla Ukrainy, balansując na granicy własnego prawa. Lagarde zapewnia, że „to nie konfiskata, tylko transfer” – czyli dokładnie to samo, co w PR-owym tłumaczeniu znaczy „nie złamaliśmy zasad, tylko je chwilowo redefiniowaliśmy”.
Belgia, gdzie trzymane są zamrożone rosyjskie środki w Euroclear, już prosi o bufor gotówkowy – w tłumaczeniu: spodziewamy się odwetu, ale przynajmniej chcemy mieć, czym zapłacić za odszkodowanie.
Na to wszystko dochodzi jeszcze Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, który przyjął kontrroszczenie Rosji przeciw Ukrainie w sprawie ludobójstwa. Wniosek? Jeśli wszystko jest ludobójstwem, to nic nie jest – i historia zatoczyła koło.
Stany tymczasem ostrzegają Międzynarodowy Trybunał Karny: „Nie ścigajcie naszego byłego prezydenta.” To nowy poziom politycznej groteski – kraj, który uczy innych rządów prawa, grozi sankcjami organowi prawa międzynarodowego za stosowanie prawa.
Azja i Bliski Wschód: ocean bez brzegów
Chiny mówią o „sprawiedliwym porządku morskim” – w czym przypominają piratów tłumaczących konieczność abordażu moralnymi względami. Ich hipersoniczne rakiety są w stanie zniszczyć flotę USA przed lunchem. Japonia ostrzy zęby. Tajlandia i Kambodża znów wymieniają ogień.
A Stany, mimo wojennego zmęczenia, prowadzą swoje samoloty na Bliski Wschód, gdzie Iran właśnie wznowił masową produkcję rakiet. Trump odwleka publikację listy swojej „Rady Pokoju Gazy” do 2026 – najwyraźniej pokój jest w produkcji, ale trailer już dostępny.
Globalna gospodarka 2025 roku przypomina giełdowy wykres po podłączeniu do defibrylatora. Co dzień setki komunikatów, tysiące analiz, miliony komentarzy – i żadnej odpowiedzi.
Wszystko jest ważne, nic nie ma sensu.
W tym chaosie ECB, Fed i inne instytucje wciąż udają, że sterują światem, choć z ich konsoli zniknęły wszystkie przyciski oprócz jednego – „drukuj”.
CYNICZNYM OKIEM: Światowa ekonomia nie ma już modelu. Ma tylko tryb demonstracyjny.
Globalny system to już nie maszyna, to kabaret
Kiedy Lagarde mówi o „kryzysie egzystencjalnym”, nie przesadza. Świat naprawdę stracił sens. Politycy działają od wyborów do wyborów, banki centralne od konferencji do konferencji, a media – od alarmu do alarmu.
Trump trzyma za gardło Fed, Fed trzyma rynki, rynki trzymają społeczeństwa, a społeczeństwa trzymają się jeszcze tylko psychicznie.
Jeśli rok 2025 miałby być diagnozą cywilizacji Zachodu, brzmiałaby ona:
„zespół chronicznego rozdwojenia między realnością, a komunikatem prasowym.”
Świat, który ma nadmiar danych, cierpi na brak sensu.
Banki centralne obniżają stopy, politycy podnoszą głosy, a Lagarde – brwi.
W 2026 r. nie czeka nas nowy porządek świata. Czeka nas stary chaos w nowym opakowaniu.
I w tym sensie – „kryzys egzystencjalny” to nie diagnoza ekonomiczna.
To po prostu opis współczesności.


