Robert De Niro, człowiek o twarzy, którą świat kina zna na pamięć, może niedługo zagrać w roli, jakiej nawet on nie przewidział – podejrzanego o groźby wobec prezydenta USA. Wszystko za sprawą jego emocjonalnego występu w MSNBC, podczas którego trzykrotnie powtórzył słowa: „musimy się go pozbyć”, odnosząc się do Donalda Trumpa. Bill O’Reilly, były gwiazdor Fox News i samozwańczy strażnik porządku, uznał to za przekroczenie federalnej granicy. W jego ocenie, sprawą powinien zająć się Secret Service – najlepiej w trybie „intensywnego przesłuchania”.
O’Reilly, powołując się na Kodeks Stanów Zjednoczonych, rozdział 871, przypomniał, że grożenie prezydentowi to przestępstwo zagrożone karą do pięciu lat więzienia. Dla De Niro, który jeszcze niedawno płakał w studiu telewizyjnym z troski o los Ameryki, wizja przesłuchania w obecności prawników może być brutalnym zderzeniem z rzeczywistością.
Granica między emocją, a przestępstwem
O’Reilly nie odpuszcza – jego zdaniem, prowadząca wywiad Nicolle Wallace powinna natychmiast zapytać swojego gościa, co dokładnie znaczy „pozbyć się Trumpa”. Czy chodzi o wyborczy rewanż, impeachment, a może o coś znacznie bardziej dosłownego? Dziennikarka jednak milczała, a cisza ta, jak twierdzi komentator, wystarczyła, by wokół aktora zrodziła się spirala polityczno-prawnego absurdu.
CYNICZNYM OKIEM: Hollywood od dawna wierzy, że moralność można kupić razem z garniturem od Prady. De Niro jest dziś jej twarzą – aktorem, który w imię dobra publicznego zapomina, że mikrofon ma zasięg dalej niż kamera.
Emocjonalne tyrady De Niro nie pojawiły się znikąd. Od lat Hollywood uwielbia stawiać się w pozycji moralnego autorytetu, wytykając światu, kto powinien, a kto nie powinien rządzić. Problem w tym, że gdy słowa zaczynają przypominać groźby, fikcja miesza się z rzeczywistością w sposób niebezpiecznie trwały. O ile w filmie można się „pozbyć” bohatera w finale, o tyle w prawdziwym świecie takie deklaracje pachną sądem.
Stary gniew, nowe paragrafy
O’Reilly – przenikliwy, ale też niepozbawiony własnych demonów medialnych – mówi o „syndromie obłędu na punkcie Trumpa”, który miałby ogarnąć amerykańską lewicę. De Niro staje się więc nie tylko aktorem, lecz symbolem tej choroby: człowiekiem, który zamiast wygrać argumentem, sięga po emocję, krzyk i wzruszenie.
A gdy emocja przestaje być tylko opinią, prawo zaczyna mrugać ostrzegawczo. Secret Service ma obowiązek reagować – zwłaszcza po serii prób zamachów na Trumpa. „Gdybym był dyrektorem Secret Service, wysłałbym agentów natychmiast” – zapewnia O’Reilly. Nie dlatego, że De Niro ma plan. Ale dlatego, że ktoś inny może zechcieć go mieć.


