Zaporoże – największa elektrownia atomowa w Europie i nieczynne serce ukraińskiego systemu energetycznego – ma wrócić do życia w ciągu 18 miesięcy po zakończeniu wojny, zapowiedział Ramir Galijew, szef rosyjskiej organizacji zarządzającej okupowanym zakładem. „Jeśli wojna skończyłaby się jutro, bylibyśmy gotowi uruchomić zakład w połowie 2027 roku” – ogłosił w rozmowie z agencją RIA Nowosti.
To pierwszy raz, gdy rosyjskie władze w Enerhodarze tak otwarcie zapowiadają restart, mimo że formalnie nie posiadają do tego żadnych międzynarodowych uprawnień. Zaporoże dostarczało przed wojną około 20% energii elektrycznej Ukrainy i miało moc 5,7 GW – więcej niż jakakolwiek inna elektrownia atomowa w Europie. Dziś nie produkuje nic, poza napięciem politycznym.
Reaktor, który żyje na kroplówce
Choć wszystkie sześć reaktorów zostało zatrzymanych, elektrownia nadal wymaga stałego zasilania z zewnątrz do chłodzenia materiału jądrowego. Każda przerwa w dostawie prądu oznacza ryzyko przegrzania i katastrofy, którą Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) próbuje od lat zażegnać dyplomacją, a nie inżynierią.
W tym roku agencja Rafaela Grossiego rozpoczęła naprawę dwóch kluczowych linii wysokiego napięcia – 750 kV Dniprovska i 330 kV Ferosplawna-1 – położonych po przeciwnych stronach frontu. To one mają zapewnić elektrowni minimalne bezpieczeństwo operacyjne. Bez prądu nie trzeba nawet bomb, by w Europie znów zapachniało Czarnobylem.
Rosja jednak nie zamierza czekać – podejmuje działania, jakby elektrownia była już jej własnością. Oficjalnie mówi o remontach, nieoficjalnie o nowych celach gospodarczych.
CYNICZNYM OKIEM: W rosyjskich komunikatach wojna kończy się zawsze tam, gdzie zaczyna się interes. Tym razem interesem jest prąd, a konkretnie jego opodatkowany przepływ.
Zaporoże w cieniu „energetycznego pokoju”
Według doniesień dziennika Kommersant, administracja Trumpa miała prowadzić rozmowy z Moskwą o wspólnym zarządzaniu elektrownią i jej potencjalnym wykorzystaniu do kopania kryptowalut, a nawet o wznowieniu dostaw prądu na Ukrainę.
Doniesienia nie zostały potwierdzone, ale wpisują się w szerszy trend „energetycznej dyplomacji postprawdy” – gdzie elektrownie stają się narzędziem nacisku, a ich przyszłość negocjuje się bez udziału kraju, do którego należą.
Jeśli więc wierzyć Galijewowi, Zaporoże może znów świecić światłem – ale niekoniecznie ukraińskim. Bo w świecie, w którym prądem zarządza propaganda, nawet reaktory mają swoich właścicieli politycznych. A wojna energetyczna, jak widać, nigdy nie potrzebuje rozejmu – tylko prądu, który da się policzyć w dolarach.


