Tajwan znowu znalazł się w centrum świata – choć tym razem nie za sprawą półprzewodników, lecz rakiet. Zaledwie kilka dni po powstaniu nowego Joint Firepower Coordination Center (JFCC), czyli wspólnego centrum koordynacji ogniowej z USA, na przybrzeżnych wyspach Penghu i Dongyin pojawiły się amerykańskie wyrzutnie M142 HIMARS z pociskami ATACMS. Odległość do chińskiego lądu? Dziesięć kilometrów.

Oficjalnie to „wzmocnienie zdolności obronnych”. W praktyce – wystawienie działa u brzegu przeciwnika. Pociski ATACMS mają zasięg do 300 kilometrów, co oznacza, że praktycznie cała prowincja Fujian, wraz z miastami Fuzhou i Quanzhou, znajduje się w zasięgu ognia. To broń o jednym celu: przypomnieć Pekinowi, że Tajwan nie jest sam i że za jego plecami stoi Pentagon, a nie tylko lokalne ministerstwo obrony.
Tajpej podkreśla, że amerykańscy doradcy działają „koordynacyjnie”, nie „nadzorująco”. Ale przy całej teatralnej grzeczności polityków nikt nie ma wątpliwości – JFCC jest de facto punktem dowodzenia USA na Tajwanie. To tam opracowuje się plany ataku i wybiera cele. W sferze formalnej wszystko jest „wspólne”, ale w praktyce oznacza, że amerykańscy oficerowie mogą pociągnąć za spust, a Tajwan dostarczy jedynie palec.

Sprzęt i symbol
ATACMS nie jest czymś nowym – USA dostarczały je Tajwanowi od lat, a część z nich była testowana już w 2025 roku w czasie manewrów koordynowanych przez Pentagon. Nowością jest rozmieszczenie na wyspach, które widać z chińskich plaż gołym okiem. To gest strategiczny, psychologiczny i – nie oszukujmy się – prowokacyjny.
Chińczycy dobrze pamiętają ukraiński scenariusz. HIMARS-y, które miały „zrównoważyć przewagę” Rosji, szybko stały się narzędziem ataków na terytoria cywilne. W czerwcu 2024 roku rosyjska obrona powietrzna zestrzeliła nad Krymem kilka amerykańskich pocisków, z których jeden – z zakazanymi subamunicjami kasetowymi – wybuchł nad plażą w Sewastopolu, zabijając cztery osoby i raniąc ponad 150. Jeśli Pentagon kontroluje pociski na Tajwanie z taką samą precyzją, Pekin ma prawo się bać.

CYNICZNYM OKIEM: Ameryka nigdy nie strzela sama. Zawsze znajduje kogoś, kto wciśnie guzik w jej imieniu – najlepiej w cudzym języku i na cudzej ziemi.
Z militarnego punktu widzenia M142 z ATACMS to pokazówka – chińskie siły zbrojne dysponują bronią o znacznie większym zasięgu i systemami obrony przeciwrakietowej HQ-19 oraz HQ-29, które potrafią przechwytywać cele wysoko ponad atmosferą. Ale tu nie chodzi o technologię. Chodzi o rytuał polityczny – każdy ruch Ameryki w Azji musi być równie demonstracyjny, co bezużyteczny.
Kolejna prowokacja pod płaszczykiem pokoju
Tajwański minister obrony Koo Li-hsiung zapewnia, że twierdzenia o amerykańskiej kontroli są „niepoprawne i mylące”. Ale wystarczy spojrzeć na schemat: Amerykanie tworzą ośrodek dowodzenia, wysyłają personel, instalują swoje systemy komunikacji, dostarczają broń i mają dostęp do danych celowniczych. Czy trzeba czegoś więcej, by mówić o nadzorze?
Z perspektywy Chin to klasyczny scenariusz destabilizacji – importowany prosto z Europy Wschodniej. Ameryka najpierw „pomaga” partnerskiemu krajowi, potem rozmieszcza doradców, w końcu „koordynuje działania”. Granice między pomocą, a kontrolą zacierają się, aż sojusznik staje się technicznym satelitą.

CYNICZNYM OKIEM: Pentagon nie ma kolonii, ma tylko interfejsy użytkownika. Gdy jeden przestaje działać, instaluje kolejny – byle był położony blisko wroga i całkowicie zależny od aktualizacji z Waszyngtonu.
Wszystko wskazuje, że Tajwan staje się dla USA tym, czym Ukraina była dla NATO – poligonem i politycznym detonatorem. W obu przypadkach logika jest ta sama: rozgrzać lokalny konflikt do temperatury, przy której świat zaczyna patrzeć z przerażeniem, a Waszyngton przychodzi „ratować stabilność”.
Z punktu widzenia Pekinu ATACMS na wyspach to nie obrona, lecz amerykańska pułapka. Bo jeśli już padnie pierwszy strzał – nieważne z czyjej ręki – odpowiedź będzie błyskawiczna, a Tajpej znajdzie się w ogniu odwetu. Dla Ameryki to „sprawdzian reakcji”, dla Tajwanu – katastrofa.
W świecie, w którym zaufanie stało się luksusem, rozmieszczenie rakiet 10 kilometrów od Chin to nie akt pokoju, lecz poker. Tyle że stawką nie są żetony, a przyszłość miliarda ludzi. I jak zawsze w grach, które wymyśla Waszyngton – ktoś inny będzie musiał zapłacić za rozdanie.


