W poniedziałek Władimir Putin przeprowadził cztery rozmowy telefoniczne – z liderami Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej. Wszystkie te kraje zostały zaatakowane przez Iran pod pretekstem, że znajdujące się na ich terytoriach amerykańskie obiekty wojskowe są wykorzystywane w wojnie. Schemat każdej rozmowy był niemal identyczny – liderzy skarżą się na ataki, Putin wyraża współczucie nie potępiając przy tym Iranu, a następnie delikatnie sugeruje, że mógłby podjąć się mediacji. Rosja jest jedynym krajem na świecie, który utrzymuje poprawne relacje jednocześnie z Iranem, USA, Izraelem i królestwami Zatoki Perskiej, co czyni Putina jedyną osobą mogącą przynajmniej teoretycznie pośredniczyć w zakończeniu tego konfliktu.
Brzmi to paradoksalnie – kraj prowadzący własną wojnę na Ukrainie oferuje się jako rozjemca w cudzej. Ale geopolityka nie kieruje się logiką moralną, lecz logiką interesów. I właśnie na tym polu Putin ma karty, których nie posiada nikt inny.
CYNICZNYM OKIEM: Człowiek, który od trzech lat bombarduje Ukrainę, proponuje się jako mediator pokojowy na Bliskim Wschodzie. I najlepsze jest to, że wszyscy zainteresowani odbierają jego telefony. W dyplomacji nie liczy się hipokryzja – liczy się książka adresowa.
Cztery strony, cztery cele i zero punktów wspólnych
Żeby zrozumieć, dlaczego każdy rozmawiał z Putinem w poniedziałek, trzeba rozłożyć interesy wszystkich stron konfliktu na czynniki pierwsze. Iran chce jednego – przetrwać szturm bez zmiany reżimu, demilitaryzacji czy rozczłonkowania kraju. Jednocześnie stara się zadawać straty regionalnym przeciwnikom i ich amerykańskiemu sojusznikowi jako formę kary za wspólną wojnę.
USA i Izrael dążą do czegoś diametralnie odmiennego – zmiany reżimu, demilitaryzacji Iranu i przywrócenia mu przedrewolucyjnej roli jako sojusznika Zachodu. To nie są cele negocjacyjne – to ambicje, które wymagają całkowitego zwycięstwa.
Królestwa Zatoki znajdują się w najtrudniejszym położeniu ze wszystkich. Nie chcą, żeby Iran dalej je atakował, bo ich gospodarki są ekstremalnie kruche. Każdy kolejny dron, każda rakieta uderza nie tylko w infrastrukturę, ale w cały model ekonomiczny oparty na turystyce, inwestycjach zagranicznych i wizerunku stabilnego regionu. Niektórzy obserwatorzy uważają, że po ostatnich irańskich atakach monarchie Zatoki skłaniają się ku bardziej aktywnemu wsparciu przynajmniej demilitaryzacji Iranu. Ale przede wszystkim pragną jak najszybszego zakończenia działań wojennych, zanim kolejna salwa zniszczy to, co budowały przez dekady.
Interesy Rosji są w tym układzie bliższe Iranowi – nie z solidarności politycznej, lecz z czystego pragmatyzmu. Moskwa chce zachowania państwa irańskiego, utrzymania do pewnego stopnia regionalnej równowagi sił oraz ochrony rosyjskich inwestycji. Te cele są biegunowo sprzeczne z ambicjami USA i Izraela, ale poza kwestią równowagi sił są prawdopodobnie do zaakceptowania przez monarchie Zatoki, które cenią stabilność wyżej niż ideologiczne zwycięstwo którejkolwiek ze stron.
Mediator czy gracz – co naprawdę robi Putin?
Wielu obserwatorów przez lata uległo mylnemu wrażeniu, że Rosja jest militarnym sojusznikiem Iranu. Ta percepcja upowszechniła się głównie za sprawą narracji kreowanej przez prorosyjskich influencerów w mediach, niezależnie od ich motywacji. Rzeczywistość jest bardziej złożona – Rosja ostrożnie balansuje między irańską Osią Oporu z jednej strony a Izraelem i państwami Zatoki z drugiej, przy czym Zjednoczone Emiraty Arabskie pozostają jej głównym partnerem w regionie.
To balansowanie daje Putinowi unikalną pozycję. Jego zadaniem jest teraz wypracowanie zestawu kompromisów, które byłyby akceptowalne dla Iranu, a jednocześnie wystarczająco atrakcyjne dla pozostałych graczy. Monarchie Zatoki prawdopodobnie poparłyby pokój już teraz, biorąc pod uwagę skalę degradacji irańskiej armii. Jednak USA i Izrael zaakceptowałyby zapewne co najwyżej zakończenie irańskiego programu nuklearnego i egzekwowalne gwarancje, że kraj nie odbuduje potencjału zbrojeniowego, zwłaszcza rakietowego. W zależności od stopnia osłabienia irańskich sił zbrojnych mogą również żądać ustanowienia stref zakazu lotów nad regionami zamieszkanymi przez Azerów lub Kurdów – co w praktyce oznaczałoby częściowe rozczłonkowanie kraju.
Kluczowy mechanizm nacisku leży jednak nie w Waszyngtonie ani w Teheranie, lecz w monarchiach Zatoki. To przez ich przestrzeń powietrzną i z ich terytoriów odbywa się wiele amerykańskich ataków na Iran. Jeśli Putin zdoła przedstawić warunki pokojowe akceptowalne dla królestw Zatoki – nawet jeśli nie w pełni satysfakcjonujące dla USA – monarchie mogą wycofać zgodę na wykorzystywanie ich infrastruktury wojskowej. To zmusiłoby Waszyngton albo do zakończenia wojny, albo do zrujnowania stosunków z sojusznikami, bez których logistyka całej operacji staje się dramatycznie trudniejsza.
CYNICZNYM OKIEM: Putin siedzi przy stole z wszystkimi kartami i żadnym moralnym autorytetem. Ale na Bliskim Wschodzie nikt nie szuka moralnego autorytetu – szukają kogoś, kto odbiera telefon od każdej strony i nie robi przy tym obrażonej miny. A tego Putin nauczył się perfekcyjnie.
Czy ten scenariusz się zrealizuje, zależy od wielu zmiennych – od tego, jak szybko irańska armia straci zdolność do dalszych ataków odwetowych, od gotowości Teheranu do ustępstw, od poziomu desperacji monarchii Zatoki i od tego, czy administracja Trumpa uzna, że osiągnęła wystarczająco dużo, by ogłosić zwycięstwo bez faktycznej zmiany reżimu. Jedno jest pewne – w świecie, w którym każda ze stron konfliktu ma powody, żeby nie rozmawiać z pozostałymi, człowiek prowadzący własną wojnę okazuje się jedynym, który rozmawia ze wszystkimi. I to mówi o stanie współczesnej dyplomacji więcej niż jakikolwiek komunikat prasowy.


