Jeszcze niedawno auta elektryczne były stawiane jako panaceum na bolączki tradycyjnych samochodów spalinowych – obiecujące niemal bezawaryjną, tanią i proekologiczną przyszłość. Jednak historia właściciela Skody Enyaq z przebiegiem 165 tysięcy kilometrów zaczyna tę narrację przewracać do góry kołami. Po takim dystansie w aucie doszło do poważnej awarii silnika elektrycznego. Temat nagłośniła firma EV Clinic na platformie X, wywołując falę dyskusji o tym, że „elektryki” naprawdę mogą się psuć – i to nie tylko powierzchownie, ale naprawdę poważnie.
Szokująca przyczyna awarii: olej w silniku elektrycznym?
Paradoksem dla wielu laików i nawet mechaników jest fakt, że silniki elektryczne również wymagają smarowania – stosowany jest specjalny olej, którego ilość w niektórych jednostkach sięga około litra. W przypadku Skody Enyaq starzenie się tego oleju doprowadziło do przegrzania i deformacji łożyska wału, a w efekcie do awarii całego napędu.
CYNICZNYM OKIEM: Kto by pomyślał, że „bezobsługowy” elektryk także kryje w sobie nieprzyjemne niespodzianki rodem z tradycyjnej mechaniki? I jak to możliwe, że producenci „zapomnieli” zapewnić procedurę wymiany tego kluczowego płynu?
Największym szokiem dla ekspertów okazało się to, że producenci nie przewidują w swoich przeglądach okresowej wymiany tego oleju silnikowego. Co ciekawe, w autach elektrycznych często wymienia się płyny chłodnicze czy hamulcowe, które pozostają w dobrym stanie – ale kluczowy dla trwałości silnika olej w ogóle nie jest uwzględniany.
Skutek tego zaniedbania to rosnące ryzyko bardzo drogich, poważnych awarii – i to po przejechaniu 100-200 tysięcy kilometrów, czyli na etapie, gdy kierowcy spodziewają się przede wszystkim komfortu i relatywnie niskich kosztów utrzymania.
Problem z dostępnością części dodatkowo komplikuje konstrukcja silnika – łożyska o niestandardowych wymiarach są niedostępne na rynku jako wolnostojące elementy.
W efekcie w przypadku ich uszkodzenia nie ma możliwości prostej naprawy – jedynym rozwiązaniem jest kosztowna wymiana całej jednostki lub przekładni, z ceną sięgającą nawet 20 000 złotych.
If you want to save 7000€ – Subscribe
Škoda Enyaq with 165,000 km suffered oil leakage from the e-motor differential at the driveshaft seal, which led to the remaining oil burning off in the gearbox and damaging the bearings. The e-motor is produced by Siemens Valeo (same… pic.twitter.com/cIZqytWXvT
— EV Clinic (@evclinic) August 25, 2025
CYNICZNYM OKIEM: Czy ktoś tu świadomie buduje „czarną skrzynkę” zbyt drogiej naprawy, gdzie klient jest skazany na kolejne pieniądze albo wyrzucenie auta? Prawo do naprawy? Brzmi jak żart, gdy cały system wspiera monopol producentów.
To nie wypadek – problem widoczny u wszystkich topowych marek
Co najważniejsze, problem nie dotyczy jednej wpadki producenta, lecz jest systemowy – dotyka największych graczy na rynku elektryków, od Volkswagena, przez Stellantis, po Forda.
Pierwsze generacje aut elektrycznych właśnie wchodzą w etap, gdy ich użytkownicy zaczynają doświadczać kosztownych i niespodziewanych awarii. Wielu właścicieli, którzy liczyli na tanią i bezproblemową eksploatację, może teraz poczuć się mocno zawiedzionych.
To, że silniki elektryczne potrzebują smarowania i chłodzenia, nie jest prawdą kontrowersyjną. Większość takich jednostek uchodzi za solidne, a wyzwania techniczne związane z temperaturą i chłodzeniem to standard branży.
Jednak właśnie brak przejrzystych procedur obsługi serwisowej i sprawnego rynku części zamiennych komplikuje życie użytkowników.
Historia ze Skodą Enyaq to tylko wierzchołek góry lodowej. Dla całej branży samochodowej i jej klientów to sygnał alarmowy – elektryki, choć obiecujące ekologiczną rewolucję, skrzywdzą tych, którzy uwierzyli w ich bezawaryjność i niskie koszty utrzymania.
Jedynym ratunkiem jest poprawa prawa do naprawy, większa transparentność producentów i rozmowa o tym, jak naprawdę wygląda eksploatacja „aut przyszłości”.



