Po słowach Donalda Trumpa o możliwej interwencji wojsk USA przeciwko kolumbijskim kartelom narkotykowym, prezydent Kolumbii Gustavo Petro zdecydował się na zaskakująco ostre oświadczenie. W poniedziałek ogłosił, że „ponownie chwyci za broń”, jeśli amerykańskie wojsko zaatakuje jego kraj.
Trump, który po akcji w Wenezueli aktywnie korzysta z nowej fali „militarnej dyplomacji”, stwierdził w weekend, że „Kolumbia też jest chora – rządzi nią chory człowiek, który lubi produkować kokainę i sprzedawać ją Ameryce.”
Petro nie pozostał dłużny. W serii postów na platformie X napisał, że „nie jest ani uzurpatorem, ani handlarzem narkotyków” i że „każdy nielegalny atak ze strony USA zostanie potraktowany jako agresja wobec całego narodu.”
CYNICZNYM OKIEM: Gdy Trump mówi o „walce z kartelami”, Ameryka Łacińska słyszy raczej „kolejna misja humanitarna z bombowcami w tle.”
„Ludowy jaguar” kontra „wojna z narkotykami”
Petro – były partyzant i uczestnik ruchu M-19 – w emocjonalnym wpisie przypomniał o swoim rozbrojeniu po porozumieniu pokojowym z 1989 roku, ale dodał: „Dla dobra mojego kraju ponownie sięgnę po broń, której nie chcę.”
Prezydent twierdzi, że jego rząd prowadzi prawdziwą walkę z narkobiznesem, ale zgodnie z prawem humanitarnym, bez bombardowań wiosek i plantacji. „Jeśli zrzucicie bomby bez odpowiedniego rozpoznania, zabijecie dzieci. A gdy zabijecie chłopów, w górach znów powstaną tysiące partyzantów.”
Petro ostrzegł, że w razie próby obalenia go „naród rozpęta ludowego jaguara” – metaforycznego ducha oporu.
Amerykańskie zarzuty i kolumbijskie riposty
Stany Zjednoczone od miesięcy oskarżają Bogotę o rekordowe uprawy koki, zarzucając prezydentowi Petro brak skuteczności i lekceważenie zobowiązań międzynarodowych. Według raportu Departamentu Stanu, uprawy i produkcja kokainy osiągnęły historyczne maksimum, a Kolumbia „nie zrealizowała nawet własnych, obniżonych celów eliminacyjnych.”
Petro odpiera te oskarżenia, wskazując na „rekordowe przechwyty” i walkę z przywódcami zbrojnych grup powiązanych z handlem narkotykami. Jego zdaniem źródłem kampanii oszczerstw są kolumbijscy politycy powiązani z mafią, którzy „pragną poróżnić Bogotę z Waszyngtonem, by handel kokainą rozkwitł na nowo.”
CYNICZNYM OKIEM: W Ameryce Południowej każdy mówi o pokoju – dopóki nie trzeba go bronić z karabinem w ręku.
Oświadczenia Petro padają zaledwie kilka dni po obaleniu Nicolása Maduro i błyskawicznej interwencji amerykańskiej Delta Force w Caracas. Dla wielu obserwatorów to echo z północy: Waszyngton walczący z „państwami narkotykowymi,” już wskazuje nowego wroga.
Petro jednak uprzedza: Kolumbia nie jest Wenezuelą. „Wybrał mnie naród” – stwierdził. – „A jeśli przyjdą tu z bronią, naród weźmie władzę w każdej gminie.”
Brzmi to jak deklaracja samozwańczego obrońcy suwerenności – ale też zapowiedź, że w Ameryce Południowej wojna z narkotykami może w każdej chwili stać się wojną o granice.


