Premier Hiszpanii Pedro Sánchez ma niebywały talent do łączenia sprzeczności. Występując na międzynarodowym szczycie obok przywódców z Gruzji i Burundi, mówił o ochronie „obywateli i demokracji”. A jednocześnie forsował rozwiązania, które czynią państwo cyfrowym dozorcą i arbitrem prawdy.
Za pozorem troski o młodzież i walki z dezinformacją kryje się projekt, który ma wprowadzić biometryczną identyfikację, nadzór online i prewencyjną cenzurę. Oficjalnie chodzi o „ochronę nieletnich przed szkodliwymi treściami,” w praktyce – o polityczne kneblowanie.

CYNICZNYM OKIEM: W XXI wieku cenzura nie nosi munduru – wystarczy jej aplikacja z logiem rządu.
„Fake newsy”, czyli każda niewygodna prawda
Sánchez dobrze wie, jak działa propaganda: zanim odpowie na zarzuty, ogłasza, że są one „dezinformacją”. Gdyby jego prawo o cyfrowej kontroli obowiązywało już w 2018 roku, wiele afer korupcyjnych nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.
A przecież lista jest długa:
- Koldo García, oskarżony o defraudację, nadal zasiadałby w zarządzie spółki kolejowej Renfe.
- José Luis Ábalos, zamieszany w kilka afer, pozostałby ministrem.
- Pegasus, rodzina Salazara, nocne wizyty wenezuelskiej wiceprezydent Delcy Rodriguez – wszystko to można by nazwać „kampanią nienawiści w sieci”.
Rząd, który uczynił z etykiety „fake news” polityczny ekwiwalent uniewinnienia, teraz chce sankcjonować ją prawnie.
Sánchez twierdzi, że broni młodych – ale to właśnie jego polityka skazuje ich na bezrobocie, podatki i emigrację. Zakazując im swobodnego dostępu do mediów społecznościowych, odbiera im prawo do głosu.
Przy okazji – jak na ironię – jego pomysł spotkał się z uznaniem elit, od miliarderów takich jak Alex Soros, syn słynnego „filantropa”, po wszystkich obrońców „zrównoważonej informacji”, którzy przez lata żyli z państwowych kontraktów na „walkę z mową nienawiści”.
CYNICZNYM OKIEM: Nic tak nie chroni dzieci przed złem świata jak państwowy filtr tego, co wolno o nim powiedzieć.
Hipokryzja w wersji premium
Słowo „techno‑oligarchowie” stało się w ustach premiera obelgą, dopóki… nie są jego sponsorami. Soros, Gates, Fink – z każdym z nich Sánchez chętnie się spotykał. Gdy Musk wspierał Demokratów, był wzorem innowatora; gdy Elon Musk pozwolił prawej stronie mówić na X, stał się „zagrożeniem dla demokracji”.
Najbardziej bolesny paradoks polega na tym, że to właśnie rząd Sáncheza uczynił z mediów społecznościowych narzędzie polaryzacji i propagandy. Teraz, gdy stracił nad nimi kontrolę, krzyczy o potrzebie „cyfrowego porządku”.
Drugim filarem jego socjal‑inżynieryjnej polityki jest masowa regularyzacja nielegalnych imigrantów, sprzedawana jako akt humanitaryzmu. W rzeczywistości to projekt polityczny: stworzyć ekonomicznie zależną klasę wyborców i nabić statystyki PKB kosztem podatników.
Z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że od 2017 do 2026 roku PKB per capita w Hiszpanii wzrośnie zaledwie o 1,1%, mimo napływu setek tysięcy nowych pracowników. Bezrobocie wciąż oscyluje wokół 14% – najwyższego poziomu w strefie euro.
To nie solidarność, lecz kalkulacja władzy. Zalegalizowani imigranci nie rozwiążą problemów kraju; mają za to pomóc rządowi przetrwać.
Przepis na dymną zasłonę
Kiedy kolejne afery korupcyjne czy zapaść infrastrukturalna zagrażają wizerunkowi rządu, Sánchez sięga po ten sam podręcznik. Stary jak Goebbels:
- Wyznacz wroga. Dziś są nim korporacje technologiczne, jutro niezależne media, pojutrze supermarkety.
- Odwróć winę. Oskarż niewygodnych o „manipulację” i „nienawiść”.
- Ogłoś się ofiarą. Premier niezdolny do reform natychmiast staje się „obrońcą demokracji przed fałszywymi informacjami”.
Gdy te techniki zawodzą, rząd kreuje spektakle – od rzekomych pogróżek i alarmów bombowych po medialne kampanie o „spisku prawicy”. Wszystko po to, by publiczność zapomniała o problemach realnych: niewydolności służby zdrowia, zadłużeniu i bezrobociu.
CYNICZNYM OKIEM: W Hiszpanii korupcja już nie bulwersuje – tylko zmienia nazwę na „operację dezinformacja”.
„Chronić” znaczy kontrolować
Największy absurd polega na tym, że rząd mówi o „ochronie informacji,” a w istocie tworzy system jej monopolu. Dziennikarze przychylni władzy wierzą, że zyskają, stając się „cyfrowymi komisarzami”. Zapominają tylko o jednym – czystki zawsze przychodzą po lojalności.
Sánchez buduje infrastrukturę państwowego filtra, który pozwoli mu decydować, co jest prawdą, a co karalnym fake newsem.
Wolne społeczeństwo ryzykuje dezinformację – ale kontrolowane społeczeństwo ma ją zagwarantowaną. Między tymi dwiema skrajnościami Hiszpania wybiera dziś kierunek: mniej wolności, więcej nadzoru.
CYNICZNYM OKIEM: Premier, który boi się słów, zawsze kończy otoczony ciszą – najpierw cudzą, potem własną.
Hiszpania Sáncheza nie walczy z kłamstwem. Ona tylko chce mieć prawo do jego definiowania. I to jest najniebezpieczniejsza forma cenzury – taka, która nazywa się „troską o demokrację.”


