Po dwudziestu latach przerwy, amerykańscy marines znów wchodzą do dżungli. Departament Obrony USA rozpoczął szkolenia wojsk lądowych w Panamie, w miejscu, które niegdyś było legendarnym kursem przetrwania o wymownej nazwie „Green Hell” – zielone piekło. Oficjalnie chodzi o „podtrzymanie gotowości bojowej w środowisku tropikalnym”. Nieoficjalnie – o przygotowanie się na scenariusz, który coraz częściej słychać w korytarzach Pentagonu: Wenezuela.
Według źródeł ABC News, manewry odbywają się w bazie Aeronaval Cristóbal Colón, niegdyś znanej jako Fort Sherman, przy samym Kanale Panamskim – miejscu historycznie kojarzonym z amerykańską dominacją w Ameryce Środkowej. Kurs potrwa trzy tygodnie i odtwarza warunki tropikalnego konfliktu – gęsta roślinność, wilgoć, choroby, błoto i nieustający upał. To samo piekło, które parzyło amerykańskich żołnierzy w Wietnamie.
Oficjalne szkolenie, nieoficjalne sygnały
Amerykańskie władze zaprzeczają, że Panama ma cokolwiek wspólnego z przygotowaniami do wojny z Wenezuelą. Ale zbyt wiele puzzli układa się w znajomy obraz. Prezydent Donald Trump ma na biurku raporty wojskowych planistów, analizujących możliwości zajęcia wenezuelskich portów, lotnisk i infrastruktury naftowej. Wersja „ograniczonej operacji” zakładałaby przejęcie kluczowych punktów strategicznych, zanim rozpęta się pełnoskalowy konflikt.
W teorii – to tylko opcja. W praktyce – Panama staje się zapleczem logistycznym i symbolem powrotu amerykańskiej obecności wojskowej w regionie.
Cynicznie patrząc: historia z 1989 roku, kiedy USA inwazją „Just Cause” obaliły Manuela Noriegę, wraca jak bumerang – tylko z nowym scenariuszem i lepszym dronem.
Na początku tego roku Trump zażądał, by USA „odzyskały” kontrolę nad Kanałem Panamskim, oddanym Panamie w 1999 roku. Wkrótce potem podpisano nową umowę, pozwalającą Amerykanom wrócić – na razie oficjalnie – w celach szkoleniowych. W kontekście geopolitycznym to ruch czytelny: Kanał to nie tylko woda i śluzy, lecz arteria światowego handlu, przez którą przepływa ok. 5 procent światowego towaru.
Tym samym Waszyngton zyskuje placówkę o strategicznym znaczeniu – w czasie, gdy Chiny coraz silniej osadzają się w infrastrukturze regionu, a Rosja eksportuje broń do sojuszników Ameryki Południowej.
Panama wróciła więc na mapę nie jako turyzm, lecz jako przyczółek geopolityczny sprzed cyfrowej epoki.
Wenezuela na linii celownika. nowa odsłona starej wojny
W Caracas alarm jest wyraźny. Nicolás Maduro ogłosił, że „Wenezuela jest gotowa walczyć z każdym agresorem”, a Rosja – tradycyjny sojusznik Caracas – dostarczyła już systemy obrony powietrznej i zapowiedziała dalsze wsparcie, jeśli sytuacja eskaluje. Wenezuelska armia nie jest potęgą, ale milicje prorządowe liczące miliony członków stanowią mięsień polityczny i propagandowy, który trudno zignorować.
Problem w tym, że Wenezuela to kraj z największymi rezerwami ropy na świecie, ale z gospodarką na krawędzi upadku. Dla Trumpa możliwość przejęcia infrastruktury naftowej tego kraju jest pokusą – zarówno ekonomiczną, jak i symboliczną.
CYNICZNYM OKIEM: w historii USA „pomoc w przywracaniu demokracji” zawsze pachniała benzyną.
Kurs walki w dżungli w Panamie, przez dekady zamknięty, pamięta czasy, gdy Stany Zjednoczone szkoliły tu żołnierzy do interwencji w Ameryce Łacińskiej. Teraz, gdy marines znów uczą się przetrwania w tropikach, symbolika jest oczywista:
Armia ćwiczy w miejscu, które kiedyś było bramą do interwencji – a dziś może być jej przedsionkiem.
Według ekspertów wojskowych tropikalne środowisko Wenezueli przypomina to z Panamy: roślinność ogranicza widoczność, logistyka jest koszmarem, a klasyczne siły pancerne tracą przewagę. Innymi słowy – kto opanuje walkę w dżungli, zyska przewagę w Ameryce Południowej.
Powrót imperialnego instynktu
USA oficjalnie twierdzą, że „nie planują wojny”. Ale retoryka jest dziwnie znajoma.
- Szkolenia w dżungli? Potrzebne do obrony wolności.
- Powrót żołnierzy do Panamy? Dla stabilności regionu.
- Obecność wojskowa w rejonie bogatym w ropę? Czysty przypadek.
To wszystko brzmi jak latynoamerykańskiE deja vu – kolejna odsłona wieloletniej gry w „ratowanie demokracji”, której finałem zawsze jest baza wojskowa i półka z ropą naftową.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka nie wraca tam, gdzie nie zostawiła interesów.
Oficjalny komunikat Pentagonu mówi o „rutynowych ćwiczeniach w ramach współpracy z Panamą”. Ale trudno nie zauważyć, że właśnie te rutynowe działania coraz bardziej przypominają próbę generalną przed kolejnym konfliktem w stylu XXI wieku – hybrydowym, ekspresowym i doskonale sfilmowanym.
Bo jeśli każdy kolejny prezydent USA chce mieć swoją własną wojnę, to Trump, jak widać, postanowił wybrać tropikalne tło. A Panamę, jak przed laty, uczynić poligonem zarówno strategicznym, jak i symbolicznym.
Zresztą świat nie musi czekać, aż ruszą pierwsze transportowce z żołnierzami.
Wojna zaczęła się już dawno – tylko na razie toczy się w laboratoryjnej ciszy lasu.


