W ostatnich dniach ruszyła debata, która zatrzęsła polskim i czeskim środowiskiem energetycznym: dlaczego Polska ma zapłacić niemal trzykrotnie więcej za wyprodukowanie tej samej jednostki nuklearnej mocy, niż Czechy, które właśnie budują dwa nowe bloki w Dukovanach? Dane wskazują, że podczas gdy Czechy realizują projekt o mocy około 2,8 GWe za 66,78 mld zł, Polska chce zbudować elektrownie o mocy 3,3 GWe za aż 200 mld zł (licząc z odsetkami). Pod danymi kryje się jednak wiele niuansów, które warto szczegółowo rozebrać.
Czeski projekt Dukovany: precyzja i kontraktowa jasność
W 2025 roku Czechy podpisały kontrakt wart 407 mld koron na budowę dwóch bloków jądrowych typu APR1000 o mocy łącznie około 2,4 GWe.
Przy obecnym kursie koron (ok. 0,17 PLN za 1 CZK), kwota ta odpowiada około 70 mld złotych, nieco więcej niż wskazuje grafika. Dlaczego 2,4 GWe, a nie 2,8? Spodziewana moc pojedynczego bloku to ok. 1,2 GWe, czyli w sumie teoretycznie 2,4 GWe. Różnica może wynikać z zaokrągleń lub planowanych modernizacji.
Koszt jednostkowy wyliczony na tę chwilę to około 29 milionów zł za 1 MWe.
Polska: wielki zryw czy finansowa zagadka?
W Polsce planowane są trzy bloki o mocy łącznej od 3,3 do 3,75 GWe. Szacunkowy koszt samej technologii i budowy plasuje się w przedziale 115–120 mld zł, ale gdy dołączymy finansowanie i koszty towarzyszące, publiczne spekulacje sięgają nawet 192–200 mld zł.
Ta rozbieżność to wynik różnych metodologii szacunkowych i etapu zaawansowania – polski projekt jeszcze nie osiągnął poziomu stałych kontraktów, a kwoty obejmują rezerwy finansowe.
Koszt jednostkowy zatem waha się między 35, a 52 milionami zł za 1 MWe, co jest wyraźnie powyżej czeskiego odpowiednika.
CYNICZNYM OKIEM: Polska płaci jak za ekskluzywny klub vipowski, gdzie wszystko ma być na bogato, a rezerwy finansowe przypominają PR zepchnięty z sufitów – Czechy idą natomiast brzegiem kosztowego pragmatyzmu, którego Polska dopiero musi się nauczyć.
Teza, że za kwotę 200 mld zł w Polsce dałoby się wybudować aż 8,4 GWe czyli sześć czeskich bloków, jest znacznym uproszczeniem. Koszty w energetyce jądrowej rosną wraz ze skalą, często nieproporcjonalnie; pojawiają się wyzwania logistyczne, regulacyjne i technologiczne.
To oznacza, że przeliczanie kosztów liniowo jest błędne i może wprowadzać w poważne błądzenie opinię publiczną.
Problemy metodologiczne i rezerwy
- Czeskie kwoty oparte są na konkretnych kontraktach i realnych inwestycjach,
- polskie szacunki to często kwoty ostrożnościowe,
- w Polsce uwzględnia się więcej kosztów finansowania – odsetki od kredytów, riski budowlane i operacyjne,
- dodatkowo modele rozliczeń różnią się ze względu na inne warunki prawne i finansowe.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy ktoś próbuje nas przekonać, że „mógłby zbudować za tyle i tyle kilka elektrowni”, powinniśmy nie tylko spojrzeć na liczby, ale też zapytać: „a ile w tym bajek i marketingowych fikcji?”
Wnioski – trzy razy więcej? Tak, ale nie tak do końca
W rzeczywistości możemy potwierdzić, że cena za 1 MWe mocy jądrowej w Polsce jest przynajmniej dwukrotnie wyższa niż w Czechach.
Być może to efekt jeszcze niedoszłych finalizacji kontraktów i nadmiernych rezerw. Może to też efekt rosnących kosztów pracy, wymagań środowiskowych i regulacyjnych.
Mimo to porównanie uderza w polską racjonalność wydatkowania środków i budzi pytania o efektywność i transparentność inwestycji.
Z jednej strony polski ambitny plan rozwoju energetyki jądrowej jest niezbędny dla dekarbonizacji i uniezależnienia od surowców importowanych.
Z drugiej – musi iść w parze z bardziej realistyczną kalkulacją kosztów i eliminacją zbędnych wydatków.
Rozwój energetyki jądrowej to gra na lata i miliardy, a dziś liczą się precyzja i skuteczność, by nie powtórzyć błędów przeszłości i nie nadwyrężać ekonomii państwa.
Bo nawet energetyczna rewolucja nie musi być rewolucją na papierze – czasem wystarczy, by zamiast trzy razy więcej płacić, nauczyć się wydawać rozsądniej.


