Polska dysponuje jednymi z najniższych zasobów wody na mieszkańca w całej Unii Europejskiej, a obecna sytuacja hydrologiczna przekroczyła już próg ostrzegawczy wyznaczony przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego zawartych w raporcie „Polska na drodze zrównoważonego rozwoju. Raport SDG 2025” odnawialne zasoby wody słodkiej przypadające na jednego mieszkańca wynoszą od 1,1 do 1,6 tysiąca metrów sześciennych, podczas gdy próg bezpieczeństwa wodnego ustanowiony przez ONZ to 1,7 tysiąca metrów sześciennych. Eksperci alarmują, że dalsze ignorowanie tej luki oznacza wpisanie Polski na trwałe do grona państw zagrożonych deficytem wody.
Sytuację pogarszają zmiany klimatyczne, bezśnieżne zimy oraz długie okresy bezopadowe, które systematycznie nadwyrężają i tak skromne rezerwy hydrologiczne kraju. Poziom stresu wodnego, czyli stosunku zużycia wody do dostępnych zasobów, obniżył się w Polsce z 19,2 procent do 15 procent, ale kraj wciąż pozostaje w czołówce państw unijnych najbardziej narażonych na deficyty. „Obecna sytuacja hydrologiczna Polski nie należy do najlepszych. Już teraz doświadczamy suszy rolniczej, obserwujemy spadające poziomy wód w rzekach i to prowadzi do pogłębiającego się kryzysu wodnego w naszym kraju” – przyznał dr Kamil Jawgiel, prezes Fundacji Wody Warta „Hydroni”.
Rolnictwo sięga głębiej, wodociągi błagają mieszkańców
Niedobory wody uderzają przede wszystkim w rolnictwo, które coraz częściej musi sięgać po wody podziemne, prowadząc do lokalnych przeciążeń zasobów ukrytych pod powierzchnią. Problem dotyczy jednak wszystkich obywateli, ponieważ rocznie od 200 do 300 przedsiębiorstw wodociągowych apeluje do mieszkańców o ograniczenie zużycia wody. Skala tych komunikatów pokazuje, że deficyt przestał być sezonową ciekawostką, a stał się stałym elementem polskiego kalendarza komunalnego.
Eksperci podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego podkreślali, że woda musi zyskać status zasobu strategicznego, porównywalny z surowcami energetycznymi. Obecnie zarządzanie wodą w Polsce ma charakter reaktywny i kryzysowy, podczas gdy niezbędne jest podejście długofalowe i systemowe. Reagowanie dopiero w momencie, gdy poziom wód w rzekach spada do poziomu krytycznego, oznacza nieustanne gaszenie pożarów zamiast budowania odporności hydrologicznej kraju.
CYNICZNYM OKIEM: Polska oficjalnie znajduje się poniżej progu bezpieczeństwa ONZ, a debata publiczna wciąż traktuje wodę jak coś, co po prostu leci z kranu. Strategicznym zasobem stanie się dopiero, gdy ktoś nauczy się brać za nią marżę polityczną.
Retencja jako jedyne lekarstwo
Specjaliści są zgodni, że jedynym skutecznym lekarstwem na pogłębiający się kryzys wodny jest retencja, czyli zatrzymywanie wody w miejscu, w którym spadła. Działania koncentrują się na trzech kierunkach, czyli retencji naturalnej obejmującej renaturyzację rzek i odtwarzanie obszarów podmokłych oraz torfowisk, małej retencji w postaci ogrodów deszczowych, niecek retencyjnych i zbiorników lokalnych, a także na infrastrukturze realizowanej w ramach Programu przeciwdziałania niedoborowi wody, który zakłada 727 inwestycji do 2030 roku. Każdy z tych filarów wymaga jednak nakładów finansowych i koordynacji wykraczającej poza pojedynczą kadencję polityczną.
Postępy są mierzalne, choć ich tempo budzi niedosyt. W latach 2015–2024 pojemność małej retencji w Polsce wzrosła z 830 tysięcy metrów sześciennych do 881 tysięcy metrów sześciennych, co stanowi krok w dobrym kierunku, ale potrzeby kraju są znacznie większe od dotychczasowych przyrostów. Eksperci przypominają, że odtwarzanie torfowisk i renaturyzacja rzek nie dają efektów medialnych w cyklu wyborczym, a ich rezultaty stają się widoczne dopiero po latach, co czyni te projekty politycznie niewdzięcznymi mimo ich ekonomicznej i ekologicznej zasadności.
CYNICZNYM OKIEM: Retencja naturalna to projekt o horyzoncie pokoleniowym, a polski kalendarz inwestycji publicznych kończy się przy najbliższych wyborach. Torfowiska nie głosują, więc czekają w kolejce za asfaltem.
Podczas debaty branżowej wskazano na potrzebę „służebności dla dobra wody”, w której decyzje gospodarcze uwzględniają regenerację zasobów, a nie wyłącznie ich eksploatację. Przykładem takiego podejścia jest projekt Water Regeneration realizowany przez Nestlé Waters w regionie Nałęczowa, w ramach którego firma oddaje do obiegu tyle wody, ile wykorzystuje w procesie produkcyjnym. Mechanizm ten przesuwa odpowiedzialność z poziomu indywidualnego konsumenta na poziom dużego użytkownika przemysłowego, co w polskich warunkach jest jeszcze rzadkością.
Skala efektów współpracy między biznesem, nauką a podmiotami pozarządowymi pokazuje, że model jest możliwy do skalowania. Dzięki inwestycjom w zlewni rzeki Bystra oraz budowie infrastruktury wodno-kanalizacyjnej udało się zregenerować ponad 570 tysięcy metrów sześciennych wody, a współpraca z ekspertami z Fundacji „Hydroni” pozwoliła stworzyć pilotażowy ogród deszczowy odzyskujący wody opadowe. Strategiczne zarządzanie zasobami wodnymi nie jest już wyborem ani deklaracją w korporacyjnych raportach niefinansowych, lecz koniecznością, od której zależy stabilność polskiej gospodarki, kondycja sektora rolnego oraz jakość codziennego życia milionów mieszkańców kraju, który formalnie znalazł się już po niewłaściwej stronie progu wyznaczonego przez globalne instytucje monitorujące dostęp do wody pitnej.



