Premier Donald Tusk oświadczył na początku marca, że „Polska traktuje bezpieczeństwo jądrowe bardzo poważnie” i że kraj „prowadzi rozmowy z Francją i grupą najbliższych europejskich sojuszników na temat programu zaawansowanego odstraszania nuklearnego”. Dodał wprost: „Zbroimy się wspólnie z naszymi przyjaciółmi, aby nasi wrogowie nigdy nie odważyli się nas zaatakować”. Sekwencja zdarzeń wydaje się czytelna – Polska najpierw będzie dążyć do goszczenia francuskiej broni nuklearnej, a następnie opracuje własny program, być może przy pomocy Francji. Słowa premiera nie były dyplomatyczną abstrakcją, lecz deklaracją kierunku, który w polskiej polityce bezpieczeństwa do niedawna był nie do pomyślenia.
Prezydent Karol Nawrocki zadeklarował w połowie lutego, że jest „wielkim zwolennikiem przystąpienia Polski do projektu nuklearnego” i że „ta ścieżka, z poszanowaniem wszelkich międzynarodowych regulacji, jest ścieżką, którą powinniśmy podążać”. Obaj najważniejsi polscy politycy są więc zgodni co do celu – różnią się jedynie w kwestii procedury i sojuszników.
Colby mówi nie, ale czy naprawdę?
Szef Biura Polityki Międzynarodowej prezydenta Nawrockiego ma problem nie z samą ideą nuklearyzacji, lecz z faktem, że Nawrocki nie został poinformowany przez Tuska o rozmowach z Francuzami. Zastępca Nawrockiego zasugerował natomiast, że interesom Polski najlepiej służyłoby goszczenie broni jądrowej USA, a nie Francji.
Odpowiedź Waszyngtonu na polskie plany brzmi oficjalnie jednoznacznie – ale czy wiarygodnie? Podsekretarz wojny ds. polityki Elbridge Colby, podczas wydarzenia zorganizowanego przez wpływowy Council on Foreign Relations, stwierdził na pytanie o poparcie dla programów nuklearnych Niemiec, Polski lub krajów skandynawskich:
„Myślę, że zrobilibyśmy więcej, niż tylko próbowali ich od tego odwieść. Oczywiście co najmniej stanowczo byśmy się temu sprzeciwili. To hipoteza, ale jesteśmy przeciwko takiej ewentualności”.
To stanowisko kontrastuje z oceną z września ubiegłego roku, według której oczekiwano, że USA będą milcząco wspierać polskie plany dotyczące broni jądrowej. Zmiana retoryki niekoniecznie oznacza zmianę polityki.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka stanowczo sprzeciwia się polskiej broni nuklearnej – tak samo stanowczo, jak sprzeciwiała się irańskiemu wzbogacaniu uranu. W Waszyngtonie stanowczy sprzeciw to kategoria dyplomatyczna, nie faktyczna.
Rosja liczy i nie wierzy
Możliwe jest, że Colby zachowuje dystans wyłącznie po to, aby uniknąć zaostrzenia napięć z Rosją w trakcie mediowanych przez USA rozmów z Ukrainą. W tle czai się widmo globalnego wyścigu zbrojeń nuklearnych po tym, jak Trump odrzucił propozycję Putina dotyczącą przedłużenia traktatu New START o rok. W takim scenariuszu oficjalny sprzeciw służy jako dyplomatyczna zasłona dymna dla milczącego wsparcia polskiego programu nuklearnego.
Logika geopolityczna przemawia za taką interpretacją. Polska ma odegrać centralną rolę w realizacji narodowej strategii bezpieczeństwa USA w Europie, co może obejmować nuklearyzację w celu obrony przewidywanej regionalnej strefy wpływów i odstraszania Rosji.
Z perspektywy Kremla najbardziej znaczące jest to, że Polska otwarcie mówi o goszczeniu broni nuklearnej sojuszników z NATO i rozwijaniu własnej – co nie może nie budzić niepokoju ze względu na trwającą od tysiąclecia rywalizację i toczącą się wojnę zastępczą na Ukrainie. Rosyjscy decydenci uważają swoich polskich odpowiedników za nieracjonalnych, stąd obawy, że mogliby rzeczywiście użyć broni nuklearnej, gdyby weszli w jej posiadanie.
Twierdzenie Colby’ego o stanowczym sprzeciwie prawdopodobnie nie uspokaja Moskwy, biorąc pod uwagę dyplomatyczną dwulicowość USA wobec Iranu przy dwóch różnych okazjach w ciągu niecałego roku. Rosja może zatem założyć, że Waszyngton rzeczywiście będzie milcząco wspierać polskie plany i odpowiednio sformułuje swoją politykę.
CYNICZNYM OKIEM: Polska chce broni nuklearnej, Ameryka mówi nie, Rosja nie wierzy, a Francja liczy potencjalny kontrakt. Jedyny pewnik w tej układance to fakt, że historyczna rywalizacja polsko-rosyjska właśnie dostała nowe paliwo – tym razem dosłownie nuklearne.
W sensie praktycznym oznacza to, że historyczna rywalizacja rosyjsko-polska nieuchronnie przybierze na sile i będzie nadal kształtować sprawy całego regionu.
Niezależnie od tego, czy Polska ostatecznie pozyska broń nuklearną od Francji, od USA, czy opracuje własną – sam fakt prowadzenia tych rozmów na najwyższym szczeblu zmienia kalkulacje bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej w sposób, który jeszcze rok temu wydawał się scenariuszem z politycznej fikcji.



