Pokazał film z Trumpem i został terrorystą. Wyrok w brytyjskiej szkole

Polityczne „świętokradztwo” w Londynie. Nauczyciel oskarżony za jedno nagranie

Adrian Kosta
5 min czytania

W normalnym świecie lekcja o polityce Stanów Zjednoczonych kończy się dyskusją, nie wezwaniem antyterrorystów. Ale w dzisiejszej Wielkiej Brytanii „normalny świat” coraz częściej przypomina rozdział z Orwella. Do programu rządowego Prevent, mającego przeciwdziałać ekstremizmowi, trafił nauczyciel, który… pokazał uczniom nagrania z przemówień Donalda Trumpa.

Nie mówimy o aktywiście z ulicy, ale o doświadczonym pedagogu z Henley College w Oxfordshire, który od lat nauczał o systemie politycznym USA. Po zwycięstwie Trumpa w 2016 roku zilustrował zajęcia fragmentami kampanii i inauguracji nowego prezydenta. Dla dwóch uczniów to był jednak szok nie do zniesienia – oskarżyli nauczyciela o „stronniczość” i twierdzili, że po obejrzeniu filmów mieli koszmary.

College zareagował błyskawicznie. Sprawę przekazano urzędnikowi odpowiedzialnemu za bezpieczeństwo dzieci (LADO), a ten… zgłosił nauczyciela do Prevent. W raporcie stwierdzono, że jego postawa „może być postrzegana jako radykalna” i może stanowić „potencjalne zagrożenie przestępstwem z nienawiści”.

CYNICZNYM OKIEM: Kiedy wywołujesz traumę, pokazując uczniom legalnie wybranego prezydenta USA, nie jesteś już nauczycielem – jesteś ideologicznym ryzykiem.

Orwell w Oxfordshire. Edukacja jako terapia ideologiczna

Sam zainteresowany był w szoku. „To było kompletnie surrealistyczne – jak żywcem z powieści Orwella” – mówił. „Pokazałem parę klipów z inauguracji Trumpa, a niedługo potem oskarżono mnie o radykalizację. To było jak sen wariata, tylko że w realu.”

Mężczyzna, który określa się jako umiarkowany republikanin, stanowczo odrzucał etykietę ekstremisty. „W tej uczelni panuje całkowita lewicowa nietolerancja. Wszystko, co dotyczy Trumpa, traktują jak bluźnierstwo.”

Ostatecznie, po długiej batalii, zrezygnował z pracy za symboliczne 2000 funtów odszkodowania. Formalnie nie zwolniono go za poglądy, lecz de facto wydalono za próbę prowadzenia klasowej dyskusji politycznej bez cenzury.

To wydarzenie nie jest wyjątkiem, lecz częścią większej fali „moralnej higieny” brytyjskiej edukacji. W szkołach, gdzie uczniowie mają być chronieni przed „ekonomicznym stresem i emocjonalnym dyskomfortem”, propaganda ideologiczna rozkwita w najlepsze.

W imię „dekolonizacji edukacji” pojawiają się publikacje twierdzące, że „czarni ludzie zbudowali Stonehenge” i że Wielka Brytania była „czarnym krajem przez siedem tysięcy lat zanim pojawili się biali”. Z kolei fundacja Stonewall, będąca jednym z głównych orędowników transideologii, przekonuje setki szkół, by z gmachów edukacji usunęły słowa „chłopiec” i „dziewczynka”, wprowadziły toalety neutralne płciowo i ujednolicone mundurki.

Autor poleca: Obalono mit „pierwszej czarnoskórej Brytyjki” – była białą kobietą

Wszystko to dzieje się przy milczącym przyzwoleniu rządu, który oficjalnie mówi o „nauce krytycznego myślenia” i „rozpoznawaniu teorii spiskowych”. W praktyce – to program ideologicznej tresury.

CYNICZNYM OKIEM: Brytyjska szkoła uczy dziś dwie rzeczy – co wolno myśleć i kiedy klaskać.

Prewencja czy cenzura? Wolność w odwrocie

Program Prevent został powołany po zamachach islamistycznych, by rozpoznawać realnych ekstremistów. Dziś coraz częściej działa jak narzędzie politycznej segregacji, wpisując na listy „podejrzanych” nauczycieli, rodziców i dziennikarzy. Wystarczy mieć poglądy konserwatywne, kwestionować globalne narracje, albo – jak w tym przypadku – przywołać niepoprawnego prezydenta.

Lider partii Reform UK, Nigel Farage, ostrzega: „Jeśli młodym ludziom każe się wierzyć, że kwestionowanie klimatycznego dogmatu lub imigracji to ekstremizm, wychowujemy pokolenie niezdolne do myślenia – i to pod parasolem demokracji.”

Wielu nauczycieli potwierdza te obawy anonimowo. Mówią, że autocenzura stała się mechanizmem przetrwania. Lepiej przemilczeć niż ryzykować etykietę radykała.

Organizacja Free Speech Union twierdzi, że bezpieczeństwo dzieci zostało cynicznie wykorzystane jako pretekst do kneblowania poglądów niezgodnych z linią rządowo-medialną. W tej wizji świata wszystko, co konserwatywne, narodowe lub religijne, trafia do jednego koszyka z ekstremizmem.

Brytyjskie media głównego nurtu podeszły do sprawy nauczyciela z Henley College z wymowną obojętnością. W świecie, gdzie „mowa nienawiści” definiują urzędnicy, nie trzeba już palić książek – wystarczy nie pozwolić o nich mówić.

CYNICZNYM OKIEM: Nowa Anglia nie potrzebuje inkwizycji – wystarczy formularz Prevent i dwóch „zaniepokojonych uczniów”.

Choć cała historia rozgrywa się na Wyspach, sygnał jest uniwersalny. Jeśli nauczyciel może zostać uznany za terrorystę za pokazanie filmu z urzędującym prezydentem, to znaczy, że wolność akademicka nie umiera nagle, lecz w drobnych gestach autocenzury i strachu.

Polska, balansująca obecnie między importowanymi modami ideologicznymi, też może znaleźć się w tym punkcie. Granica między troską o młodych, a tresurą ich świadomości jest cienka – i, jak widać po Brytyjczykach, bardzo łatwo ją przekroczyć.

Wolność słowa w szkole to pierwszy test demokracji. Jeśli go oblejemy, kolejny egzamin odbędzie się już nie przed uczniami, lecz przed urzędnikami od myślenia za nas.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *