W zeszłym tygodniu autora tekstu niespodziewanie uderzyła trauma będąca reakcją na wspomnienia z lockdownu. Jadąc na mecz baseballu na kilka dni przed rozpoczęciem draftu NFL w Pittsburghu, minął cyfrowy znak drogowy instruujący, by unikać podróży, które nie są niezbędne. Nagle powróciły wspomnienia pustych autostrad ze znakami nakazującymi kierowcom hasło „Zostań w domu, bądź bezpieczny”. W miarę upływu tygodnia narrator zaczął uświadamiać sobie, że paralele były głębsze niż jego subiektywna reakcja emocjonalna – blokady dróg nasilały się, czyniąc ukochane miasto coraz mniej funkcjonalnym, a w pewnym momencie zamknięto nawet chodniki. Polski czytelnik nie potrzebuje długich wyjaśnień, dlaczego ten obraz brzmi znajomo, bo dokładnie te same emocje wracały tu w 2020 roku, gdy zamykano cmentarze na Wszystkich Świętych i odgradzano taśmą wejścia do lasów, jak gdyby świeże powietrze samo w sobie było zagrożeniem epidemicznym.
Skala dezorganizacji życia była znaczna. Całe wielopoziomowe parkingi zostały opróżnione i opuszczone, a „Najczęściej odwiedzane muzeum” w Pittsburghu, Kamin Science Center, pozostawało zamknięte dla publiczności od tygodni, ponieważ znajdowało się w strefie nadchodzącego wydarzenia. Na same dni draftu szkoły publiczne w Pittsburghu zostały zamknięte, jak gdyby zamieć śnieżna uniemożliwiła jakiekolwiek przemieszczanie się. Próba wywołania histerii wśród ludności przez lokalnych urzędników zadziałała, być może aż nazbyt dobrze. Ludzie przybywający do Pittsburgha na to wydarzenie posłuchali instrukcji, by korzystać ze specjalnej bezpłatnej komunikacji miejskiej, a operatorzy parkingów, spodziewający się ogromnych zysków, już w połowie dnia musieli obniżać swoje wygórowane ceny. Kasyno Rivers szybko porzuciło plan pobierania 250 dolarów za dzień, obniżając stawkę do 100 dolarów pierwszego dnia, a w kolejnych dniach rezygnując z opłat całkowicie.

CYNICZNYM OKIEM: Władza, która umie zamknąć cmentarze w listopadzie i chodniki w kwietniu, zawsze znajdzie powód, by zatrzymać obywatela w domu. Powodem może być wirus, draft NFL albo nastrój radnego.
Mali przedsiębiorcy płacą rachunek za imprezę elit
Lokalnym firmom znajdującym się poza oficjalną strefą wydarzenia powiedziano, by przygotowały się na wielkie tłumy. Zamiast tego przeżyły one weekend gorszy niż cokolwiek, co widziały od czasu histerii związanej z Covidem, ponieważ ci, którzy nie chcieli brać udziału w drafcie, po prostu bali się zbliżać do miasta. Bilans całej operacji jest brutalny w warstwie społecznej: dzieci pozbawiono edukacji, właściciele małych firm doznali drastycznych szkód, przestrzenie publiczne istniejące dla dobra wspólnego zostały zamknięte, a normalne życie osób faktycznie mieszkających w Pittsburghu ustało.
Podczas gdy to wszystko się działo, lokalni politycy poklepywali się po plecach za to, jak świetnie wszystko zorganizowano. Szczycili się oni rekordami frekwencji NFL oraz skutecznością planów wprowadzania i wyprowadzania ludzi z miasta – co autor określa mianem własnej, osobistej operacji „Warp Speed”. Polski czytelnik znajdzie tu kolejne uderzające podobieństwo z rodzimymi doświadczeniami, gdy minister zdrowia chwalił się kolejnymi obostrzeniami niczym osiągnięciem cywilizacyjnym, a nikt nie poniósł odpowiedzialności ani za zakaz wstępu do lasów, ani za absurdalne kwarantanny narzucane na granicach. Wniosek jest podobny po obu stronach Atlantyku: gdy władza ma okazję pokazać sprawczość, najchętniej demonstruje ją przez ograniczanie obywateli, a nie przez ułatwianie im życia.
Dziury w jezdni i pieski salonowe milionerów
Lekcja, jaka płynie z pittsburskiego epizodu, odnosi się nie tylko do lokalnej polityki, ale także do szerszej dysfunkcji wybranych urzędników w całej cywilizacji zachodniej. Liderzy polityczni patrzą na własnych wyborców z pewnego rodzaju nudą lub obojętnością, jak ujmuje to autor tekstu. W okresie poprzedzającym draft miasto Pittsburgh, hrabstwo Allegheny oraz stan Pensylwania zaangażowały się w szereg projektów robót publicznych mających na celu poprawę okolicy w ramach przygotowań do wydarzenia. Nagle rządy przypomniały sobie, że dziury w jezdni nie powinny istnieć, a przestępczość nie powinna mieć miejsca.
Co więcej, przez trzy dni Pittsburgh posiadał mocno dotowany i wysoce funkcjonalny system transportu publicznego, czyli coś, czego autor nie pamięta z całego swojego życia w mieście. Każdy z tych projektów mógł zostać zrealizowany w dowolnym momencie, ale rzeczywiści mieszkańcy nie stanowili dla liderów wystarczającej motywacji. Liczyło się dla nich to, by dobrze wypaść przed milionerami, przyszłymi milionerami i potężnymi elitami, które zgromadziły się, by imprezować całą noc przy muzyce Nelly’ego, Steve’a Aoki oraz 2 Chainz. Tymczasem same elity, jak pisze autor, wydają się postrzegać zwykłych ludzi z co najmniej ukrytą pogardą i życzą sobie, aby całe kwartały ulic były zamykane dla ich rozrywki.
CYNICZNYM OKIEM: Łatwo naprawić dziurę w jezdni, gdy ma po niej przejechać limuzyna gwiazdy NFL. Mieszkaniec, który skręca koło na tej samej dziurze od dziesięciu lat, najwyraźniej nie ma jeszcze wystarczająco bogatych znajomych.
W ujęciu autora żyjemy w świecie, w którym elity postrzegają zwykłego człowieka jako problem do rozwiązania, a liderzy wybrani przez tego człowieka z lękiem prezentują się jako pieski salonowe tychże elit, zapominając o jakimkolwiek poczuciu obowiązku wobec tych, którzy powierzyli im władzę. Widać to było podczas lockdownów, widać było, gdy szalała inflacja, i widać teraz, gdy ceny benzyny w Stanach Zjednoczonych utrzymują się powyżej czterech dolarów za galon.
W Polsce każdy z tych etapów ma swój odpowiednik. Najpierw mandaty wystawiane spacerującym samotnie po lesie, potem rosnące rachunki za prąd i chleb, wreszcie ceny paliwa, które od miesięcy niepokoją kierowców, a żaden polityk nie chce wziąć za nie odpowiedzialności. Mechanizm jest ten sam co w Pittsburghu – władza chętnie reaguje na potrzeby tych, których zapraszają na bankiety, a nie tych, którzy płacą podatki.
Naglące pytanie, przed którym stoimy, brzmi: jakie jest rozwiązanie polityczne w systemie, w którym wybrani urzędnicy spiskują z elitami darzącymi samych wyborców pogardą? W polskich realiach pytanie to nabiera dodatkowej ostrości po doświadczeniu, w którym za zamknięcie cmentarzy, lasów i parków na Wszystkich Świętych oraz w czasie pandemii nikt nigdy nie został rozliczony.
Decyzje uderzające w miliony obywateli zapadały w gabinetach, a ich autorzy do dziś funkcjonują w polityce bez żadnych konsekwencji. Pittsburgh pokazuje, że ten sam mechanizm działa nawet bez pretekstu epidemii, wystarczy bowiem trzydniowa impreza dla zamożnych gości, by mieszkańcy zostali potraktowani jak przeszkoda w organizacji wydarzenia. Dopóki obywatele nie zaczną domagać się rozliczeń za każde takie nadużycie – od polskich obostrzeń covidowych po amerykańskie zamknięcia chodników – elity nie mają powodu, by zmienić swój stosunek do tych, którym formalnie służą.



