Rachel Rooney przez lata była cenioną brytyjską poetką dziecięcą. Dziś nie pisze, nie publikuje i nie pojawia się publicznie. Jej kariera zakończyła się w momencie, gdy w 2018 roku wydała książkę „My Body is Me!” („Moje ciało to ja!”) – pozycję zachęcającą dzieci do akceptacji ich naturalnych ciał. Książka miała być przeciwwagą dla tego, co Rooney nazywa „eksplozją” publikacji promujących radykalną ideologię gender wśród najmłodszych. Aktywiści trans widzieli to inaczej.
„To jest książka, która zakończyła moją karierę” – powiedziała Rooney w szczerym wywiadzie dla The Telegraph, opisując lawinę, która na nią spadła po publikacji.
Groźby śmierci za książkę o akceptacji ciała
„My Body is Me!” zostało określone przez aktywistów mianem „terrorystycznej propagandy” i pozycji „transfobicznej”. Rozpoczęła się kampania nękania obejmująca groźby śmierci, obelgi w sieci oraz wpisanie autorki na zawodową czarną listę.
„To inkluzywna i afirmująca życie książka. Wiedziałam, że pewnie spadnie na mnie za nią trochę krytyki, ale nie miałam pojęcia, co mnie faktycznie spotka. Żadnego pojęcia” – powiedziała Rooney.
Najbardziej bolesny cios przyszedł jednak nie od anonimowych trolli, lecz od ludzi, z którymi pracowała.
„Spodziewałam się ataków ze strony aktywistów, ale nie spodziewałam się tego od ludzi, z którymi pracowałam” – wyznała autorka.
Wydawcy i osoby z branży, które wcześniej ją śledziły w mediach społecznościowych, nagle ją zablokowały. Przez pomyłkę otrzymała e-mail od swojego wydawcy skierowany do innego pracownika, w którym przepraszano go, że jej poglądy go „zasmuciły”. Organizacja Society of Authors – która powinna bronić pisarzy – spotkała się z krytyką za brak wsparcia w obliczu nagonki.
„Aktywistom ulegano, ponieważ sprawiali problemy” – podsumowała Rooney.
Doświadczenie to doprowadziło ją do ogłoszenia, że wycofuje się z życia publicznego jako pisarka. Jej historia przypomina ataki na J.K. Rowling, gdzie wyrażenie opinii o binarności płci wywołuje falę nienawiści.
CYNICZNYM OKIEM: Wystarczy jedna książeczka dla dzieci z przekazem „twoje ciało jest w porządku”, żeby dostać groźby śmierci i stracić karierę. Ale to oczywiście autorka jest tą niebezpieczną osobą w tym równaniu.
Szkoły, BBC i „grooming na widoku”
Problem wykracza daleko poza jedną poetkę. Rodzice nazwali rosnącą liczbę publikacji dziecięcych promujących ideologię gender „wojną psychologiczną” wytoczoną dzieciom, a Kate Barker, dyrektor generalna LGB Alliance, określiła to mianem „groomingu na widoku” i „rażącego błędu w systemie ochrony małoletnich”.
Claire Coutinho, sekretarz ds. równości w gabinecie cieni, skomentowała wprost – „To szaleństwo, że sekcja dziecięca pozwala im czytać o tym, co oznacza bycie 'poliamorycznym’ czy 'panseksualnym'”.
Ponad 650 rodzin oskarżyło BBC o „nieustanne sączenie” stronniczych treści w programach dla dzieci, takich jak Hey Duggee, gdzie pojawiają się niebinarne zaimki. Rzecznik grupy Bayswater Support ostrzegł, że ciągły strumień propagandy na temat tożsamości płciowej odegrał znaczącą rolę w tworzeniu niebezpiecznej kultury dla dzieci.
W liście do Ofcom oskarżono nadawcę o wprowadzanie dzieci w błąd, że „uproszczone etykiety tożsamościowe i ekstremalne interwencje medyczne mogą rozwiązać złożone uczucia”. BBC zaktualizowało swój przewodnik stylistyczny, ale dla rodziców to za mało i za późno. Programy dziecięce Netflixa również znalazły się pod lupą z tych samych powodów.
Tymczasem brytyjski rząd pozwala dzieciom w szkołach podstawowych na społeczną tranzycję i zmianę zaimków, mimo ostrzeżeń ekspertów. Helen Joyce podkreśliła, że „żadne dziecko nie może zmienić płci” i wezwała do deradykalizacji nauczycieli pozostających pod wpływem grup takich jak Stonewall. Wytyczne teoretycznie mówią, że społeczna tranzycja powinna zdarzać się „bardzo rzadko”, a jednak zezwalają dzieciom w wieku zaledwie czterech lat na zmianę zaimków. Maya Forstater określiła to mianem „niebezpiecznej bajki”.
CYNICZNYM OKIEM: Czterolatek może oficjalnie zmienić zaimki w szkole, ale nie może sam zdecydować, czy je marchewkę na obiad. Priorytetyzacja decyzji życiowych w brytyjskiej edukacji osiągnęła poziom, którego Monty Python by nie wymyślił.
Wszystko to dzieje się mimo decyzji Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii z 2025 roku, zgodnie z którą płeć prawna opiera się na biologii urodzenia. Udręka Rachel Rooney pokazuje jednak, że wyroki sądowe to jedno, a rzeczywistość zawodowa ludzi, którzy odważą się mówić głośno – zupełnie co innego. Taktyka piętnowania oponentów jako bigotów skutecznie dławi debatę i – jak twierdzą krytycy – szkodzi przede wszystkim samym dzieciom, które rzekomo miały być chronione.



