Czas zielonej euforii w amerykańskiej energetyce właśnie się skończył. Administracja Donalda Trumpa wstrzymała subsydia, pozwolenia i granty dla farm wiatrowych i słonecznych, cofając większość programów finansowania, które za prezydentury Joe Bidena napędzały branżę.
Analitycy mówią wprost: „skończyła się faza hype’u, zaczyna się faza rzeczywistości.” Jeśli coś działa bez dopłat – przetrwa. Reszta zgaśnie jak turbiny bez wiatru.
Koniec pieniędzy z budżetu. Branża na hamulcu
Trump już pierwszego dnia urzędowania zamroził nowe dzierżawy terenów federalnych pod farmy wiatrowe i słoneczne oraz podniósł opłaty za projekty istniejące. Potem jego tzw. One Big Beautiful Bill ustanowiła deadline dla zakończenia subsydiów – 300 miliardów dolarów inwestycji zawisło w próżni.
W sierpniu 2025 roku minister transportu Sean Duffy skasował 679 milionów federalnych dotacji dla 12 projektów offshore wind. Jeszcze dalej poszło Departament Spraw Wewnętrznych, który w grudniu zatrzymał pięć wielkich projektów wiatrowych z powodu „zagrożeń bezpieczeństwa”.
Sekretarz Doug Burgum ujął to ostro: „Jedna rura z gazem daje tyle energii, co pięć tych projektów razem.”
CYNICZNYM OKIEM: Naturalny wiatr okazał się mniej wydajny od gazu z rury – kto by pomyślał.
Bez dopłat wiele farm stanie się finansowym trupem. Wiatrowe i słoneczne inwestycje opierają się na kredytach podatkowych i nakazach państwowych, które zmuszają operatorów do zakupu ich energii. Kiedy pieniądze z Waszyngtonu wysychają, projekty zamierają.
Dane mówią same za siebie: obecnie w USA zaplanowano 4200 projektów solarnych i 800 wiatrowych – większość wstrzymana do „kolejnej demokratycznej prezydentury.”
„Dla reszty kadencji Trumpa ten sektor będzie się kurczył” – mówi H. Sterling Burnett z Heartland Institute.
Mimo politycznej zmiany w Waszyngtonie, regulacje energetyczne wciąż są domeną stanów. W tradycyjnie „niebieskich” stanach wciąż obowiązują nakazy kupna energii z OZE – nawet jeśli oznacza to wyższe ceny i mniej stabilne dostawy.
Problem jednak pozostaje ten sam: koszt i niezawodność.
„Porównywać wiatr z atomem to jak zestawiać namiot z betonowym schronem” – komentuje Bill Glahn z Center of the American Experiment. Panele i turbiny działają 10–20 lat, elektrownie jądrowe – 70. Wiatraki stoją, gdy nie wieje, atom działa 24/7.
A jednak rachunek ekonomiczny wciąż pomija ukryte koszty.
Prawdziwa cena „darmowego” wiatru
Darmowy wiatr i słońce? Mit. Każda farma potrzebuje zapasowego systemu gazowego na bezwietrzne noce. Te „zapasowe” elektrownie kosztują miliardy, ale rachunek nie obciąża „zielonych” inwestorów.
Do tego dochodzi rozbudowa sieci – nowe linie przesyłowe do odległych farm, często na pustkowiach. Koszty trafiają do rachunków konsumentów, nie do bilansu inwestorów OZE.
Glahn określa to jako „oszustwo rachunkowe”: „Wiatraki i solary tworzą potrzebę nowych sieci, a potem i tak płacą za to elektrownie gazowe, które faktycznie utrzymują system przy życiu.”
Z kolei 30 stanów w ogóle nie przewidziało funduszy na demontaż i utylizację farm po ich krótkiej żywotności. Po 20 latach zostają betonowe trupy wirników i tysiące ton odpadów z włókna węglowego.
CYNICZNYM OKIEM: Zielona energia ma tak krótkie życie, że jej dziecięce lata finansuje budżet, a emeryturę – podatnik.
Średnie ceny prądu w USA wzrosły od 2022 roku o 32 proc. – 14 milionów Amerykanów ma zaległe rachunki za energię, a jedna piąta kont trafia do windykacji.
Najdroższy prąd? W stanach z „zielonymi mandatami”. 86 proc. regionów o cenach powyżej krajowej średniej to stany Demokratów. Najtańszy? Tam, gdzie nikt nie wymusza „neutralności węglowej”.
Przykład Nowego Jorku: po zamknięciu elektrowni jądrowej Indian Point miasto straciło 25% własnej produkcji prądu, rachunki wzrosły o 615 dolarów rocznie, a ceny energii są dziś o 58% wyższe niż średnia krajowa.
Społeczny bunt przeciw wiatrakom
Nawet ci, którzy mają prąd, nie chcą mieć za płotem farm wiatrowych. W USA zanotowano już ponad 1100 przypadków lokalnych protestów przeciw instalacjom OZE.
Ludzie nie chcą hałasu, błyskających świateł, zniszczonego krajobrazu i śmierci dzikich ptaków. W Kalifornii, bastionie zielonej polityki, sądy blokują kolejne projekty.
Według raportu MIT, farma wiatrowa potrzebuje nawet 10 000 hektarów na tyle energii, ile daje elektrownia jądrowa na dziesięciu.
CYNICZNYM OKIEM: Od wiatru jeszcze nikt nie oślepł – ale każdy, kto widział krajobraz po turbinach, już nie jest romantykiem.
Słońce przetrwa, wiatr niekoniecznie
Nie wszystko jednak tonie. Fotowoltaika ma realniejszą przyszłość. Domowe panele i baterie przynoszą korzyść użytkownikom, nie lobbystom. W 2024 roku Amerykanie zainstalowali 4,7 GW dachowych paneli – tyle, co pięć elektrowni atomowych.
„To ekonomia mikro – nie polityki” – mówi Sam Romain z Americans for Energy Dominance. Nawet bez dopłat, energia z własnego dachu często się opłaca.
Jednocześnie farmy wiatrowe stają się synonimem kosztownego eksperymentu. Projekty na morzu, często z chińskich komponentów, zjadają miliardy i kończą się w sądach.
Era „zielonego postępu” bez bilansu zysków i strat dobiega końca. Ameryka wraca do zdrowego rozsądku – tam, gdzie rachunek ekonomiczny liczy się bardziej niż polityczna opowieść.
Jak ujął to jeden z analityków: „Jedyna energia głupsza od wiatrowej na lądzie, to ta z morza.”
Po dwóch dekadach dotacji, haseł i fanfar przyszła pora na rachunek. Wiatr może być darmowy, ale ideologia, która go sprzedaje, kosztuje bardzo drogo.


