PKB to mit: mierzy kredyt, nie produkcję – iluzja wzrostu gospodarczego

Więcej długu → więcej wydatków → wyższy PKB → „sukces” w mediach

Jarosław Szeląg
7 min czytania

PKB jest traktowane jak święta liczba wzrostu, choć w rzeczywistości mierzy głównie ekspansję kredytu – nie realny postęp gospodarczy. Problem nie dotyczy tylko USA: w większości krajów rozwiniętych politycy, banki centralne i media fetyszyzują PKB, ignorując, że jego „wzrost” coraz częściej oznacza inflację aktywów, zadłużenie i statystyczną iluzję, a nie bogacenie się społeczeństw.

PKB nie mierzy produkcji, tylko rozlany kredyt

Produkt Krajowy Brutto to suma nominalnej wartości wszystkich „kwalifikujących się” transakcji w gospodarce w danym okresie. W praktyce oznacza to, że jest to przede wszystkim miara kredytu wdrożonego w gospodarce, a nie faktycznej, fizycznej produkcji czy poprawy jakości życia.

Kredyt uwzględniany w PKB zasila trzy główne strumienie:

  • konsumpcję,
  • inwestycje / produkcję,
  • wydatki rządowe.

Tylko ta część kredytu, która idzie w produktywne inwestycje i poprawę efektywności, może równoważyć się spadkiem kosztów, wzrostem produktywności i względną stabilnością cen. Reszta – finansowanie nadmiernej konsumpcji, rozdmuchanych usług, marnotrawnych wydatków państwa – jest z natury inflacyjna.

Jeśli więc kredyt na produkcję stoi w miejscu, a PKB rośnie, to nie ma mowy o „wzroście gospodarczym” – jest ekspansja kredytu i statystyczne pudrowanie rzeczywistości.

USA jako przykład, ale problem jest globalny

W Stanach Zjednoczonych produkcja przemysłowa jest realnie niższa niż w 2008 roku, a inwestycje przemysłowe wzrosły ledwie symbolicznie.

Jednocześnie PKB od tego czasu ponad się podwoiło, głównie dzięki:

  • ekspansji sektora usług, z których znaczna część dodaje marginalną wartość,
  • wzrostowi konsumpcji na kredyt,
  • wybuchowi wydatków rządowych finansowanych długiem.

To nie jest wyjątkowo amerykańskie zjawisko.
W wielu krajach G7 i OECD widzimy podobny schemat:

  • stagnację lub słaby wzrost produkcji dóbr,
  • rosnące zadłużenie publiczne i prywatne,
  • oraz rosnące PKB, które w większej mierze odzwierciedla monetarny doping, a nie rzeczywisty przyrost bogactwa.

Oszczędności w dół, dług w górę – PKB rośnie

W teorii, oszczędności konsumentów mogłyby amortyzować inflacyjny efekt ekspansji kredytu.
W praktyce:

  • w wielu krajach rozwiniętych, w tym w USA, poziom oszczędności gospodarstw domowych jest w długim trendzie spadkowym (wyjątkiem były lockdowny, kiedy fizycznie nie dało się wydawać),
  • równocześnie dług konsumencki rośnie szybciej niż produkcja dóbr, co oznacza, że PKB jest w dużej mierze napędzane przez zadłużoną konsumpcję, a nie produktywną aktywność.
kredyt

To europejskie i azjatyckie gospodarki też znają doskonale:

  • zadłużone rodziny, stymulowane taniym kredytem,
  • państwowe programy „antykryzysowe”,
  • i nagłówki o „solidnym wzroście”, który w rzeczywistości maskuje pułapkę zadłużenia.

Wydatki rządowe – najszybsza droga do „wzrostu PKB”

Państwo jest najgorszym zarządcą kapitału, a jednocześnie jego wydatki wchodzą do PKB jak każdy inny wydatek. W USA całkowite wydatki rządowe sięgają ok. 40% PKB, z czego ok. 23% to poziom federalny. W wielu krajach europejskich proporcje są jeszcze wyższe.

Efekt:

  • najłatwiej „zwiększyć PKB” poprzez większe wydatki budżetowe,
  • nawet jeśli są to wydatki czysto polityczne, nieproduktywne, a wręcz destrukcyjne dla długoterminowego wzrostu.

To kusząca logika dla każdego rządu: więcej długu → więcej wydatków → wyższy PKB → „sukces” w mediach, mimo że realnie gospodarka grzęźnie w marnotrawstwie i rosnącej obsłudze długu.

Mit „realnego PKB” i manipulacja inflacją

Ekonomiści próbują ratować prestiż PKB, wprowadzając pojęcie „realnego PKB” – nominalny wzrost korygowany o inflację.
Problem:

  • najczęściej używany deflator to CPI (koszyk inflacyjny),
  • CPI jest podatny na modyfikacje, reinterpretacje i „dostosowania metodologiczne”.

Widać to na przykładzie USA, gdzie:

  • oficjalna inflacja liczona wg współczesnej metodologii to ok. 3%,
  • alternatywne kalkulacje na bazie metod z lat 80. (np. Shadowstats) pokazują bliżej 10–12%.

Jeśli nominalny wzrost PKB wynosi 4,5%:

  • przy deflatorze 3% mamy „realny wzrost” 1,5%,
  • przy deflatorze 12% wychodzi realny spadek rzędu –7,5%.

To nie drobna różnica – to kompletnie inne opowieści o stanie gospodarki. A skoro dobór deflatora jest subiektywny, rządy mają silną pokusę „masowania” statystyk, by uniknąć politycznych konsekwencji przyznania stagnacji lub recesji.

Pułapka długu – nie tylko amerykańska

PKB ma jedną realną funkcję: służy jako baza odniesienia dla oceny wypłacalności państwa. Jeśli dług publiczny rośnie szybciej niż PKB (czyli baza podatkowa) – kraj wpada w pułapkę długu.

Wiele państw G7 już tam jest, choć rynki wciąż żyją w komforcie:

  • banki centralne skupują obligacje,
  • regulacje zmuszają instytucje do trzymania długu publicznego jako „bezpiecznego aktywa”,
  • inwestorzy zakładają, że „tak duży kraj nie może zbankrutować”.

Historia mówi co innego:

  • Wielka Brytania w 1976 r. musiała wzywać MFW, gdy funt nurkował, inflacja przekraczała 20%, a rentowności obligacji były powyżej 16%,
  • bez cięć wydatków i podwyżek podatków presja długu zmiotłaby finanse państwa.

Podobny mechanizm może dotknąć USA, Japonię, część strefy euro – wszędzie tam, gdzie:

  • dług publiczny przekracza setki procent PKB,
  • a „wzrost” PKB to głównie skutek inflacji i kredytu, nie realnej produktywności.

CYNICZNYM OKIEM: PKB jako religia, dług jako sakrament

Politycy kochają PKB, bo to jedyna liczba, którą da się łatwo sprzedać jako „sukces”.

  • rośnie? „Świetnie rządzimy.”
  • spada? „Musimy stymulować gospodarkę.”

W obu scenariuszach odpowiedź brzmi: więcej długu, więcej wydatków, więcej ekspansji monetarnej. PKB stało się mantrą makroekonomii, która usprawiedliwia wszystko – od QE po deficyty budżetowe – nawet jeśli realnie oznacza to tylko przyspieszenie marszu w stronę kryzysu kredytowego i walutowego.

Co z tego wynika dla inwestorów i obywateli?

Najważniejszy wniosek: rządowe statystyki – w tym PKB – są coraz mniej wiarygodnym kompasem.
Szczególnie, gdy:

  • ignorują jakość i strukturę długu,
  • mylą inflację z realnym wzrostem,
  • wrzucają wszystkie wydatki państwa do jednego worka „postępu”.

Z perspektywy ochrony majątku kluczowe jest zrozumienie, że:

  • „wzrost PKB” może w praktyce oznaczać wzrost ryzyka systemowego,
  • pułapka długu prędzej czy później prowadzi do kryzysu walutowego lub restrukturyzacji zadłużenia,
  • banki centralne – przy całej oficjalnej retoryce – same zabezpieczają się w złocie i realnych aktywach, sygnalizując brak zaufania do własnych walut.

Dlatego warto:

  • unikać nadmiernego zadłużenia,
  • dywersyfikować się poza systemem czysto papierowo‑kredytowym,
  • sięgać po aktywa bez ryzyka kontrahenta – przede wszystkim fizyczne złoto, ale też inne dobra materialne.

Problem z PKB nie polega tylko na technikaliach. To problem cywilizacyjny: budujemy nasze decyzje gospodarcze, polityczne i inwestycyjne na wskaźniku, który coraz bardziej odrywa się od realnej gospodarki. A gdy rzeczywistość wróci, korekta nie będzie kosmetyczna, tylko systemowa.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

TAGI:
KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *