Kanał Klepsydra postanowił przyjrzeć się sylwetce Piotra Pająka, twórcy kanału Podróże Wojownika, który mianuje się pierwszym polskim youtuberem podróżnikiem z milionem subskrypcji. Autor materiału od razu zaznaczył, że odcinek wyszedł wyjątkowo długi, a Pająk to postać, której biografia aż prosi się o analizę pełną cynizmu. Bohater urodził się 28 lutego 1989 roku, pasjonuje się sztukami walki – MMA, muay thai, K1 – a jego deklarowanym celem życiowym jest odwiedzenie wszystkich krajów świata. Idzie mu, trzeba przyznać, całkiem nieźle: ma na koncie wizyty w siedemdziesięciu pięciu krajach i, jak sam podkreśla, dopiero się rozkręca.
Tym, co naprawdę spaja jego tożsamość, jest jednak Tajlandia, którą traktuje jak drugi dom. „Wszystkie te kraje, które odwiedziłem, to na pewno moim numerem do życia jest Tajlandia i zawsze nią będzie. Ja kocham ten kraj, kocham to, że rano budzę się i nie mam problemów” – wyznał Pająk, dodając, że nie ma tam wpajanego do głowy tematu wojny ani polityki. Po raz pierwszy zawitał tam piętnaście lat temu, gdy kraj był jeszcze egzotycznym kierunkiem na końcu świata, gdzie na próżno szukać było rodaków. „Miałem wtedy marzenie, żeby przylatywać tam co roku, aż w końcu wyprowadzić się i tam zamieszkać. W 2018 roku się wyprowadziłem” – opowiadał. Dziś ma tam dom, żonę, brata bliźniaka Pawła oraz rozbudowany biznes. Polskiej publiczności znany jest również z występów na galach freak fightowych, a jego żona Ala Chorosz, podobnie jak on, aktywnie działa w mediach społecznościowych.
Pasja do walki towarzyszy mu od ponad jedenastu lat. Na swoim koncie ma ponad sto walk w brazylijskim jiu-jitsu, siedemnaście w MMA, trzy w muay thai i jedną w kickboxingu. „Moim marzeniem od zawsze było latać po świecie i praktykować nowe sztuki walki, dlatego właśnie to robię, bo marzenia nie są po to, by je mieć, tylko po to, by je spełniać” – napisał kiedyś sam zainteresowany. Piotr Pająk po prostu lubi się bić i nie robi z tego żadnej tajemnicy. Autor z Klepsydry zwraca jednak uwagę, że wokół tej barwnej sylwetki narosło tyle kontrowersji, że trudno przejść obok nich obojętnie.
Milion, który nie chce rosnąć
Pierwszy poważny zarzut dotyczy autentyczności samego miliona subskrypcji – kamienia milowego, na który Pająk czekał z niecierpliwością. „Ruszyliśmy razem w podróż po milion subskrypcji” – pisał, prosząc widzów o udostępnianie postów i wbicie suba. Twórca Klepsydry przyznaje, że jego własną skrzynkę zalały wiadomości od ludzi przekonanych, że Pająk kupuje subskrypcje. Postanowił to przeanalizować na chłodno.
Liczby rysują niepokojący obraz. W ciągu czternastu dni przyrosty wynosiły okrągłe zero, co jak na kanał z milionem widzów wygląda dziwnie. Od grudnia 2025 roku, kiedy milion w końcu nadszedł, utrzymuje się tendencja spadkowa. Autor uczciwie zaznacza, że taki zastój dotyka wielu twórców i bywa naturalny – przywołuje tu choćby kanały Royo, Mateusza Spysińskiego czy Wardęgi.
Problem w tym, że matematyka się nie spina. Przy dziewięciu filmach z maja i milionie obserwujących średnia wyświetleń powinna oscylować wokół 3,7 miliona. Tymczasem suma ostatnich dziewięciu publikacji to ledwie nieco ponad milion odsłon. Coś tu zwyczajnie się nie klei. Użytkowniczki forum Wanda przeprowadziły własne mini śledztwo, ustalając, że przed wybiciem miliona kanał notował około tysiąca nowych subskrybentów dziennie, a potem nastąpił całkowity zastój.
Autor sprawdził też najbardziej oczywisty mechanizm wzrostu, czyli YouTube Shorts, przez które na polskim rynku przepływa największa fala subskrypcji – jak u twórcy Arturo. W przypadku Pająka wyświetlenia shortów pozostały praktycznie identyczne. Nie widać żadnego uzasadnienia dla cudownego skoku.
CYNICZNYM OKIEM: Pająk marzy o złotym znaczku, który zawiśnie mu na ścianie jak trofeum myśliwskie. Tyle że trofeum bez upolowanej zwierzyny to zwykła dekoracja, a liczby uparcie sugerują, że ktoś tu strzelał ślepakami.
Sam zainteresowany kategorycznie zaprzecza. „Nie kupuję. Ludzie nie wiedzą, że każdy kanał jest weryfikowany przez YouTube przy przyznawaniu znaczka. Jeśli kupujesz subskrypcję, YouTube to sprawdza. Tym milionem dla mnie jest złoty znaczek od YouTube” – tłumaczył. Wątpliwości pogłębia jednak sprawa odcinków sponsorowanych. Na pytanie, czy płacił za reklamę swoich filmów, odpowiedział krótko: „Nie”. Tymczasem dane pokazują około dwustu sponsorowanych materiałów od początku działalności, z czego dziewięćdziesiąt pięć w samym 2025 roku. Zapytany o wykupywanie wyświetleń na cudzych tablicach głównych, oburzył się: „Pomyśl sobie, jakim trzeba być chorym człowiekiem, żeby wykupywać posty sponsorowane w internecie”.
Clickbaity, talibowie i klub dżentelmenów za dziesięć tysięcy dolarów
Drugim grzechem są tytuły filmów. Autor rozróżnia clickbait od zwykłego kłamstwa – clickbait ma zachęcić, ale w końcu dać odpowiedź. Film o Oj Wojtku, który rzekomo chciał pobić rekord Guinnessa, w ogóle nie jest o tym, co poszło nie tak. Inny nosi tytuł „Naćpali mnie w Afryce. Dosypali mi coś do kawy. Etiopia”.
Sama relacja brzmi jednak filmowo. „Taka dziewczyna nalewa tylko mnie i podaje, a ja już lampka w głowie. Na bank mi coś dosypały. Wziąłem dwa łyki, czuję, jak mi się w głowie kręci” – opowiadał Pająk. Cała awantura skończyła się próbą wyciągnięcia od niego pieniędzy dla obsługi i jego dramatyczną oceną przeciwnika: „Przecież go zabiję w sekundę, on taki skrzat mały”.
Poważniejsza sprawa dotyczy miniatury, na którą Pająk wykorzystał zdjęcie zastrzeżone prawem autorskim, należące do innego kanału podróżniczego. Fanpage Bez granic przez świat napisał wprost, że zdjęcie wykonano w Pakistanie i zostało „bezczelnie ściągnięte z mojego bloga”, a sam podróżnik „prymitywnie wkleił siebie w kadr”. Miniaturę natychmiast po dramie zmieniono.
Z tym wątkiem łączy się anegdota z Afganistanu, gdzie Pająk nagrywał tabliczkę z zakazem wnoszenia kałasznikowa na targ. „Za nią stał jeszcze talib z kałachem i myślał, że go nagrywam. Otacza cię piętnastu talibów, oczy wymalowane na czarno, każdy z kałaszem” – relacjonował, dodając, że bardzo bał się więzienia. Był to jedyny raz, gdy zarejestrował się na stronie powiadamiającej ambasadę o miejscu pobytu w razie porwania.
Trzecim zarzutem jest niska wartość merytoryczna materiałów. Widzowie skarżą się, że Pająk „kraje zalicza, a nie zwiedza”, wyręcza się Wikipedią i nie podaje żadnych cen. Jeden z komentarzy brzmiał: „Brakuje mi tu treści, nie ma cen, ile kosztuje nocleg, taryfa, jedzenie. Wszystkie informacje są z Wikipedii. Ledwo co wysławia się po polsku”. Autor Klepsydry uczciwie zauważa, że identyczne zarzuty padają pod jego własnym adresem i że jedni widzowie wolą obiektywizm, inni subiektywną opinię.
CYNICZNYM OKIEM: Najbardziej zdumiewa nie sam pomysł na elitarny klub, lecz cena wstępu. Dziesięć tysięcy dolarów za przywilej wymieniania się wiadomościami na WhatsAppie to nie networking, to abonament na cudzą charyzmę bez prawa zwrotu.
Kolejnym pomysłem na życie stał się Gentlemen’s Travel Club, nazwany na wzór brytyjskich klubów dżentelmenów. W planach na sezon znalazły się spotkania w Polsce, dwutygodniowa wyprawa do Indonezji oraz rejs jachtem po Morzu Śródziemnym. Pająk rekrutuje przedsiębiorców niezależnych finansowo, z osiągnięciami i pozytywnymi wibracjami. Opłata członkowska wynosi dziesięć tysięcy dolarów, czyli około trzydziestu pięciu tysięcy złotych, bezzwrotnie.
Autora rozbawiła ankieta dla kandydatów z pytaniem, czy roczna opłata to „za mało, w sam raz czy za dużo”, oraz pytaniem o roczny dochód. Pająk bronił przedsięwzięcia: „Założenie grupy GTC to legalny biznes. Nikomu nic nie wcisnąłem. Hejterzy sami nic w życiu nie osiągnęli i najlepsze, co mogą robić, to oczerniać innych”. Twórca Klepsydry wytyka jednak, że regulamin pozwala usunąć członka bez zwrotu kosztów, nie podaje żadnych danych firmy ani adresu, a spory rozstrzyga prawo Hongkongu i tamtejsze centrum arbitrażowe. To, jego zdaniem, kompletny sygnał ostrzegawczy. Pająk ma też Patronite, z którego uzbierał łącznie około siedemdziesięciu tysięcy złotych.
Wycieczki, bar i nieruchomości, których nigdy nie będziesz właścicielem
Działalność Pająka i jego brata sięga znacznie dalej. Bracia prowadzili pośrednictwo w organizacji wycieczek w Tajlandii – firma sama wycieczek nie organizowała, jedynie pośredniczyła w rezerwacji i płatnościach. Problem pojawił się przy wycieczce na Phi Phi Island. Jedna z klientek opisała, że kierowca spóźnił się prawie godzinę, grupę dołączono do Rosjan z niezainteresowaną przewodniczką, a całość wyglądała na zorganizowaną „masowo i na odpieprz”, nastawioną wyłącznie na szybki zysk.
Reakcja braci była ostra. Jeden z nich odpisał klientce, sugerując, że liczyła na osobistą obecność organizatora. Ta odparła: „Kupiłam wycieczkę, żeby realnie wesprzeć waszą działalność, a nie dlatego, że oczekiwałam osobistej obecności. Nigdy nie sądziłam, że jako organizator będziesz odpisywać w tak bezczelny sposób i zwyzywać ludzi od zboczeńców”. Drugi z braci dorzucił, że klientka mogła napisać prywatnie zamiast wylewać żale w internecie.
Autor punktuje, że kontakt z organizatorami bywał ograniczony, a zwrotów kosztów nie dokonywano, bo „zmiany te nie stanowią podstawy do reklamacji ani zwrotu kosztów”. Klient miał prawo czuć się skołowany, skoro pierwotna narracja sugerowała, że to bracia organizują wyjazdy.
Następnym frontem są nieruchomości – sto sprzedanych obiektów w 2025 roku. Pająk ogłosił się deweloperem: „Zakupiliśmy ziemię, na której powstaną cztery wille. Firma zbudowała już ponad siedemset will na Phuket. Jestem deweloperem”. Kluczowy szczegół przemilczano – cudzoziemiec może posiadać maksymalnie czterdzieści dziewięć procent powierzchni budynku, a ziemię trzeba dzierżawić.
CYNICZNYM OKIEM: Sprzedaje się Polakom marzenie o willi na rajskiej wyspie, zapominając dodać klauzulę drobnym drukiem. Nawet jeśli ożenisz się z Tajką, kupiona ziemia nigdy nie będzie twoja – kupujesz widok z tarasu, nie grunt pod stopami.
Wille kosztują około dwóch i pół miliona złotych, a sto procent klientów to Polacy. „Sprzedajemy nieruchomości tylko Polakom. Przez to, ilu ludzi przyjechało do Tajlandii, bo zobaczyli u mnie na kanale, wiele osób zapragnęło tego samego” – tłumaczył Pająk. Autor podsumowuje to jako naturalne zagospodarowanie wytworzonej przez siebie potrzeby, zarzucając jednak brak transparentności w narracji.
Najpoważniejsza sprawa dotyczy baru Candy Shop and Bar. Beata Sobel opublikowała post ostrzegawczy: „Bracia Pająk sprzedawali bar w Tajlandii. Zaufaliśmy im, sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy, i wyruszyliśmy do Tajlandii. Niestety wszystko było kłamstwem. Już w momencie sprzedaży wiedzieli, że właściciel nie zamierza przedłużać umowy. Przelaliśmy im milion bahtów, około stu dwudziestu tysięcy złotych”. Dodała, że właściciel baru nie wiedział o pobranej opłacie, a po reklamacji zaczęły się groźby i naciski na milczenie.
Pająk odciął się stanowczo: „Usuwaj mnie z tego posta. To nawet nie był mój bar i nigdy zdania z wami nie zamieniłem. Zadarliście z Tajami i dlatego umowy wam nie przedłużyli”. Autor podkreśla, że Piotr faktycznie nie był właścicielem baru i afera odbiła się na nim rykoszetem. Zaznacza jednak, że w obliczu wspólnych biznesów braci człowiek ma prawo wiedzieć, jeśli jeden z partnerów jest niegodny zaufania.
Turystyka medyczna, czyli zęby jak u rekina i ryzyko prawne
Ostatnim wątkiem jest promowanie turystyki medycznej przez Pająka i jego żonę. Ala Chorosz reklamowała współpracę z firmą pośredniczącą w wyjazdach na zabiegi stomatologiczne, zachwycając się opieką i efektem. „Ja bym chciała takie zęby mieć, żeby ludzie się zastanawiali, czy to są jej, czy zrobione. To nic nie bolało, nic a nic” – mówiła w nagraniu pokazującym spiłowane zęby. Sam Pająk dorzucał: „Śmiało mogę polecić, robiłem zęby trzy lata temu. Macie zapewniony transport z lotniska, piękny hotel ze śniadaniami”.
Autor Klepsydry uważa promowanie takich zabiegów za granicą i branie za to pieniędzy za nieetyczne. Tłumaczy, że pacjenci często sądzą, iż dostają cienkie licówki, a w rzeczywistości otrzymują pełne korony na mocno oszlifowanych, zdrowych zębach. Ceną nieuwzględnioną w rachunku jest bezpowrotna utrata twardych tkanek zęba oraz częste powikłania – nadwrażliwość, stany zapalne dziąseł, leczenie kanałowe. Powikłania dają o sobie znać już po powrocie do kraju.
Dochodzi też wątek dramatyczny. W latach 2023-2025 polskie media odnotowały co najmniej dwa poważne przypadki błędów w tureckich klinikach, w tym jeden zakończony tragicznie. Dwudziestoczteroletnia Paulina Werner po zabiegu wszczepienia implantów pośladkowych za sześć tysięcy euro wróciła z rozległym zakażeniem wymagającym ratunkowego usunięcia implantów. „Szybka reakcja polskich lekarzy zahamowała proces posocznicy” – relacjonuje materiał.
CYNICZNYM OKIEM: Influencer pokazuje olśniewający uśmiech, klinika notuje trzydziestoprocentowy wzrost polskich pacjentów, a NFZ rozkłada ręce przy powikłaniach. Promocja kosztuje sekundę nagrania, naprawa skutków – całe życie i fortunę.
Największą przestrogą jest odmienny system prawny. Status Turcji jako państwa spoza Unii Europejskiej tworzy barierę dla poszkodowanych – polsko-turecka umowa z 1988 roku zapewnia jedynie podstawową pomoc prawną. Pacjenci muszą dochodzić roszczeń w tureckich sądach, zatrudniając tamtejszego prawnika, tłumacząc dokumentację i przechodząc obowiązkową mediację. Koszty postępowania mogą sięgnąć piętnastu tysięcy euro, a proces trwać nawet pięć lat, z dodatkowymi miesiącami na uznanie wyroku w Polsce.
Turecka prawniczka Cemre wskazała na kolejne bariery: „Podstawowym problemem są trudności w uzyskaniu dokumentacji medycznej. Kliniki często odmawiają jej udostępnienia. Konieczne bywa złożenie zawiadomienia o przestępstwie, by prokurator mógł nakazać udostępnienie dokumentacji”. Egzekucja wyroku jest problematyczna, bo kliniki rzadko mają majątek w Polsce i potrafią się reorganizować, by unikać odpowiedzialności. Twórca materiału przypomina, że za błędy zagranicznego specjalisty NFZ nie zapłaci, bo fundusz nie pokrywa planowanych zabiegów za granicą ani ich powikłań.
Autor Klepsydry kończy refleksją osobistą, przyznając, że sam ma zakola i słyszał rady, by lecieć do Turcji na przeszczep włosów. Zawsze można się ogolić na łyso albo po prostu zaakceptować swoje niedoskonałości – bo każdy człowiek ma jakieś wady. To gorzka puenta materiału, który z barwnego youtubera podróżnika robi studium tego, jak pasja stopniowo ustępuje miejsca komercji, a marzenia o złotym znaczku przesłaniają coraz dłuższą listę niewygodnych pytań.



