Wojna w Zatoce Perskiej wkroczyła w drugi tydzień i przyniosła to, czego Pentagon najwyraźniej nie przewidywał – lub przewidywał, ale wolał o tym nie mówić. Pięć amerykańskich samolotów tankujących US Air Force zostało trafionych i uszkodzonych na ziemi w bazie Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej w wyniku irańskiego ataku rakietowego. Informację potwierdziło dwóch amerykańskich urzędników cytowanych przez Wall Street Journal. Maszyny nie zostały całkowicie zniszczone i są naprawiane, nikt nie zginął – ale łączna liczba uszkodzonych lub zniszczonych samolotów tankujących wzrosła do co najmniej siedmiu. Dla sił powietrznych prowadzących intensywną kampanię bombardowań to strata, której nie da się zbagatelizować jednym briefingiem prasowym.
Równolegle Pentagon potwierdził śmierć wszystkich sześciu członków załogi tankowca KC-135, zestrzelonego nad zachodnią częścią Iraku. Początkowo mówiono o czterech ofiarach i trwającej akcji poszukiwawczo-ratunkowej – finał okazał się jednak najgorszy z możliwych. To pierwsze tak dotkliwe straty personalne USA w tym konflikcie i sygnał, że irańska obrona nie jest jedynie fasadową demonstracją.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka wchodzi do każdej wojny z narracją o chirurgicznej precyzji, a potem dziwi się, że przeciwnik też ma ręce i rakiety.
Morska eskalacja i minowanie Cieśniny Ormuz
Sytuacja w Cieśninie Ormuz – krytycznym szlaku, przez który przepływa znaczna część światowego eksportu ropy – staje się coraz bardziej napięta. Iran podobno rozpoczął minowanie cieśniny, co natychmiast przełożyło się na skoki cen ropy na rynkach globalnych. Niewielkie odprężenie przyniosła jedynie informacja z Indii, że jeden tankowiec z gazem skroplonym (LPG) zdołał bezpiecznie opuścić cieśninę po uzyskaniu irańskiego zezwolenia.
Francja i Włochy otworzyły rozmowy z Teheranem w nadziei na zagwarantowanie bezpiecznego przejścia przez Ormuz – co samo w sobie świadczy o powadze zagrożenia, skoro europejskie stolice decydują się na bezpośrednią dyplomację z państwem, które ich największy sojusznik właśnie bombarduje.
Pentagon odpowiedział na eskalację w sposób, który trudno nazwać deeskalacyjnym. Szef resortu obrony Pete Hegseth zatwierdził wniosek dowództwa centralnego o wysłanie w region grupy desantowej z dołączonym morskim oddziałem ekspedycyjnym – to kilka okrętów wojennych z około pięcioma tysiącami marines i marynarzy na pokładzie. Z bazy w Japonii w kierunku Bliskiego Wschodu ruszył również okręt desantowy USS Tripoli wraz z oddziałem piechoty morskiej. Choć pięć tysięcy marines to wciąż daleko od sił inwazyjnych zdolnych wkroczyć do kraju wielkości Iranu, sam fakt ich przerzucenia zmienia dynamikę konfliktu i otwiera perspektywę zaangażowania lądowego, choćby w ograniczonej formie.
Prezydent Trump i jego doradcy wielokrotnie zaprzeczali planom wojny lądowej. Odrzucenie użycia wojsk lądowych było artykułowane od pierwszego dnia operacji. Problem w tym, że każdy kolejny dzień przynosił kolejną wersję odpowiedzi w stylu „żadna opcja nie jest wykluczona” – coraz bardziej otwartą pod względem skali i horyzontu czasowego. To retoryka, którą znają wszyscy obserwatorzy amerykańskich interwencji – elastyczność pojęciowa, która pozwala na wszystko, oficjalnie nie obiecując niczego.
Pytanie za biliony dolarów – jaki jest plan wyjścia?
Sam Trump nie szczędził mocnych słów. „Totalnie ich niszczymy” – deklarował wspólnie z Pentagonem, ostrzegając Teheran słowami „patrzcie, co się stanie” i „zabijam ich”. Briefing Hegsetha mówi o ponad piętnastu tysiącach celów zaatakowanych przez siły amerykańsko-izraelskie od początku konfliktu. Tymczasem nowy najwyższy przywódca Iranu, Mojtaba Chamenei, jest podobno żywy, choć ranny i – jak ujęto to w doniesieniach – „uszkodzony” i „oszpecony”. Co ciekawe, kilku wyższych irańskich urzędników demonstracyjnie przeszło ulicami Teheranu, mimo że nad miastem wciąż unosił się dym po amerykańsko-izraelskich nalotach. To gest obliczony na pokazanie, że irański aparat państwowy funkcjonuje – nawet jeśli w tle płoną budynki.
Według ONZ ponad trzy miliony osób zostało przymusowo przesiedlonych w wyniku amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Ta liczba rośnie z każdym dniem operacji i stanowi humanitarny wymiar konfliktu, o którym w wojennych briefingach mówi się znacznie ciszej niż o liczbie trafionych celów.
CYNICZNYM OKIEM: Piętnaście tysięcy trafionych celów i zero planu na zakończenie – to nie strategia, to kolekcjonowanie ruin z nadzieją, że przeciwnik pierwszy się znudzi.
Kluczowe pytanie, które zadają nie tylko rynki globalne, ale nawet przychylna administracji stacja Fox News, brzmi prosto – jaki jest plan zakończenia i co właściwie oznacza „zwycięstwo”? Prezydent i jego doradcy mogą mieć wewnętrzny plan, którego nie chcą ujawniać, by nie sygnalizować wrogowi swoich zamiarów. Ale presja narasta. Każdy dzień bez jasnego scenariusza wyjścia to dzień, w którym ceny ropy rosną, sojusznicy nerwowo szukają własnych kanałów dyplomatycznych, a marines pakują plecaki na okręty płynące w stronę cieśniny, przez którą przechodzi tlen globalnej gospodarki. Czternasty dzień wojny wygląda jak początek czegoś znacznie dłuższego niż ktokolwiek w Waszyngtonie chciałby przyznać.



