Wojna między duetem Izrael-USA a Republiką Islamską w Iranie wchodzi w czwarty tydzień, a w kręgach politycznych na całym świecie krążą dwa pytania. Pierwsze – jak długo to potrwa? Odpowiedź brzmi: tyle, ile kawałek sznurka, co oznacza, że nikt tego nie wie i żadne spekulacje nie są uzasadnione. Drugie pytanie jest trudniejsze: jak to się skończy? Jak mawiał pewien mentor dziennikarstwa – lepiej zostawić historię historykom, a zgadywanie przyszłości futurologom. Jednakże felietony stanowią hybrydową formę dziennikarstwa, która pozwala na pewną miarę zwolnienia z tej zasady. Z tą – przyznaję – kiepską wymówką, można wyobrazić sobie pięć scenariuszy zakończenia tego konfliktu. I każdy z nich ma fundamentalną słabość.

Ogłosić zwycięstwo i przejść dalej
Pierwszym scenariuszem jest zrobienie przez Donalda Trumpa tego, co robił już wielokrotnie – ogłoszenie zwycięstwa i przejście do czegoś innego. Kiedy w zeszłym miesiącu USA zaczęły wystrzeliwać pociski Tomahawk w stronę Iranu, wielu miało nadzieję na szybką, chirurgiczną operację, podobną do ubiegłorocznego czerwcowego ataku na irańskie obiekty nuklearne. Trump mógłby zaprezentować nagrania pokazujące Natanz, Isfahan czy Górę Heron obrócone w stertę gruzu.
Problem polega na tym, że dyrektor generalny MAEA Rafael Grossi mówi wprost – Iran posiada wiele niezidentyfikowanych obiektów rozsianych po całym kraju. Nikt nie wie, gdzie Teheran ukrywa swoje 400 kilogramów wzbogaconego uranu, który w krótkim czasie mógłby zostać przetworzony do budowy głowic nuklearnych.
W takim scenariuszu Trump nie mógłby ogłosić zwycięstwa bez wystawienia Iranowi przez Grossiego „świadectwa czystości”. To postawiłoby go w tej samej sytuacji, w której znajdowało się czterech jego poprzedników, gdy Hans Blix, Mohamed ElBaradei i Yukio Amano kierowali MAEA i odmawiali odpowiedzi na pytanie, czy Irak, a później Iran, budują bombę. Scenariusz zbyt ryzykowny.
Drugi scenariusz zakłada skupienie się na irańskim arsenale rakietowym i ogłoszenie, że został zmieciony z powierzchni ziemi. Oznaczałoby to jednak wystawienie się na łaskę losu. Wystarczyłoby, aby Teheran wystrzelił pocisk balistyczny lub wysłał drona zaledwie kilka dni po deklaracji zwycięstwa, by pokazać, że przywódca najpotężniejszego mocarstwa w historii zbyt wcześnie rzucił ręcznik.
CYNICZNYM OKIEM: Ogłaszanie zwycięstwa nad irańskim arsenałem rakietowym to jak ogłaszanie końca komarów po jednym psiku sprayem – wystarczy jedna minuta ciszy, żeby uwierzyć, a potem znowu brzęczy.
Model wenezuelski, którego Netanjahu nienawidzi
Trzeci scenariusz, faworyzowany przez niektórych członków nieformalnego gabinetu Trumpa, ale absolutnie znienawidzony przez Benjamina Netanjahu, to model wenezuelski – po dekapitacji reżimu pozwalasz mu trwać pod rządami liderów drugiego szeregu. Ten wariant może nie mieć zastosowania do Iranu z dwóch powodów.
Wenezuela Hugo Cháveza i Nicolása Maduro nie chciała wymazać Izraela z mapy ani wypędzić „Jankesów” z Ameryki Łacińskiej. Nie miała swoich proksy na amerykańskim podwórku ani uśpionych komórek terrorystycznych wewnątrz USA. Jak ujął to były minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif:
„Jeśli nie przeciwstawimy się Ameryce, nikt nie będzie zwracał na nas uwagi. Nawet gdybyśmy mieli bombę atomową, bylibyśmy czymś w rodzaju Pakistanu!”
Republika Islamska jest zbudowana na antyamerykanizmie i antysemityzmie – to nie jest ideologia do negocjacji, lecz fundament istnienia reżimu. Drugi lub trzeci szereg chomeinistycznego przywództwa musiałby być jeszcze bardziej radykalny, aby utrzymać resztki bazy reżimu.
Dobitnie pokazały to warunki postawione rzekomo przez wciąż niewidocznego „Najwyższego Przewodnika” Modżtabę Chameneiego – zamknięcie wszystkich amerykańskich baz na Bliskim Wschodzie, zerwanie przez członków OPEC więzi gospodarczych z USA, wycofanie inwestycji krajów arabskich ze Stanów Zjednoczonych oraz wycena ropy w koszyku walut BRICS zamiast w dolarach. Do tego dochodzi żądanie odszkodowań za zniszczoną infrastrukturę. Domniemany irański negocjator nosi gęstą brodę i sypia z Kałasznikowem u boku – to nie jest Delcy Rodríguez z Caracas.
Dodatkowym problemem jest fakt, że Izrael systematycznie eliminuje potencjalnych następców – ostatnim z nich był Ali Laridżani. Irańscy „chłopcy z Nowego Jorku” mogli próbować grać rolę umiarkowanych pośredników przed wojną, ale teraz grozi im śmierć z rąk bardziej radykalnych współwyznawców chomeinizmu.
Bombardować i czekać – zagadka Sonny’ego Listona
Czwarty scenariusz to kontynuowanie bombardowań i czekanie na rozwój wypadków. I tu pojawiają się poważne problemy. Po tygodniu lub dwóch USA i Izraelowi mogą po prostu skończyć się cele wojskowe do zaatakowania. To zmusiłoby algorytm sztucznej inteligencji, który – jak donoszą – wyznacza cele, do rekomendowania uderzeń w jakiekolwiek i gdziekolwiek położone miejsca.
Efektem mogłyby być miliony przesiedleńców, którzy nie byliby zachwyceni działaniami koalicji. Iran – jeden z niewielu narodów, w którym USA, a nawet Izrael cieszyły się stosunkowo dobrym wizerunkiem – mógłby zmienić się w kolejny rynek antyamerykańskiego i antysemickiego dyskursu, jaki obserwujemy w Europie Zachodniej.
Ten scenariusz niesie ze sobą ryzyko, które trafnie opisuje zagadka Sonny’ego Listona. W pamiętnej walce z Muhammadem Alim Liston, uważany za najsilniejszego pięściarza w historii, przyparł przeciwnika do lin i okładał go z całą siłą. Ali przyjmował ciosy i czekał, aż Sonny się wyczerpie – a potem nokautował słabszego z pozoru rywala. W przypadku obecnej wojny to wyczerpanie może nie przyjąć formy fizycznej, ale może objawić się w sferze politycznej, ekonomicznej i morale.
CYNICZNYM OKIEM: Algorytm AI wybierający cele do bombardowania to idealna metafora tej wojny – maszyna bez kontekstu podejmuje decyzje, których konsekwencji nikt nie rozumie, a odpowiedzialność rozmywa się w chmurze obliczeniowej.
Piąty scenariusz opiera się na fantazji – jak sam autor przyznaje – zainspirowanej zaciągnięciem się nieistniejącą fajką pokoju. W kwietniu Trump ma odbyć w Pekinie przełożony szczyt z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Czy nie byłaby to dobra okazja do ogłoszenia zwycięstwa i zakończenia wojny w zamian za gwarancję Xi, że będzie trzymał dogorywający reżim na krótkiej smyczy, dopóki sami Irańczycy nie znajdą wyjścia z morderczego labiryntu stworzonego przez ajatollahów niemal pół wieku temu? Brzmi jak dyplomatyczna poezja. Pozostaje pytanie, czy ktokolwiek w Teheranie, Waszyngtonie lub Pekinie czyta wiersze.



