Kanclerz Friedrich Merz ogłosił, że dekady Pax Americana dla Europy i Niemiec dobiegły końca, a nostalgia „nie pomoże”, bo Amerykanie „bronią już bardzo ostro własnych interesów”, więc Niemcy muszą bronić swoich.
Najciekawsze w tej deklaracji nie jest jej patos, lecz to, co przyszło zaraz potem: prawie 60 miliardów dolarów pakietu wydatków, największego w historii powojennych Niemiec, oraz 90 miliardów euro wspólnego długu UE, aby utrzymać „Projekt Ukraina” w stanie podtrzymania życia. To ma być początek „obrony interesów”. Tyle że wygląda raczej jak początek nowej epoki, w której interesy obronne stają się alibi dla wszystkiego innego.
Dwa tory jednego pociągu. „Pokój” jako produkt siły
W Europie coraz częściej mówi się o „końcu parasola USA”, jakby był to fakt natury, a nie kwestia kalkulacji i retoryki. W tych rozmowach pojawia się pojęcie Pax Germanica – Niemcy mają wejść w rolę stabilizatora kontynentu, zastępując Waszyngton w europejskim teatrze.
Brzmi jak geopolityczna dojrzałość, ale praktyka przypomina coś bardziej prozaicznego: pompowanie pieniędzy w czarną dziurę zbrojeń, jednocześnie „wydrążając” gospodarkę i tnąc wydatki społeczne.
Symbolika jest bezlitosna: w dniu, w którym Bundestag zatwierdził wydatki obronne, rząd ruszył też w stronę cięć świadczeń socjalnych. Wzrost wycen spółek zbrojeniowych tworzy wrażenie sukcesu, ale ten sukces nie jest powszechny – on jest selektywny.
Im wyżej rosną indeksy firm od broni, tym bardziej zwykły podatnik ma płacić za „bezpieczeństwo”, które staje się coraz droższe i coraz mniej uchwytne.
CYNICZNYM OKIEM: „Pustka po Ameryce” to wygodna legenda. Jeśli da się nią uzasadnić dług, zbrojenia i cięcia socjalne w jednym pakiecie, to nie jest pustka – to narzędzie.
Merz idzie dalej niż Merkel w 2017 roku, gdy ostrzegała, że Ameryka Trumpa odwraca się od Europy. On twierdzi, że Europa „nie jest już w pokoju”, a tylko silne Niemcy mogą ją do pokoju „przywrócić”. To brzmi jak kontynuacja Zeitenwende jego poprzednika, Olafa Scholza – rzekomego „zwrotu epokowego”, który miał odstraszyć Rosję i wzmocnić europejskie zdolności wojskowe.
Efekt ma być odwrotny. Z jednej strony odmowa kompromisu i realnych rozmów z Moskwą zwiększa prawdopodobieństwo konfliktu.
Z drugiej – mimo narracji o przełomie – niemieckie siły zbrojne nadal są dalekie od gotowości do długotrwałego starcia. W tej logice rośnie ryzyko najgorszego scenariusza: Europa podnosi stawkę, lecz nie buduje realnej przewagi, tylko rosnące zobowiązania.
„Porządek oparty na zasadach” i prawdziwy adres beneficjentów
W tle tej polityki pojawia się argumentacja instytucjonalna: konflikt z Rosją nie ma dotyczyć tylko terytorium i siły militarnej, lecz „niepojednawalnych wartości” oraz obrony liberalno-demokratycznych zasad, multilateralizmu i słynnego „porządku opartego na zasadach”. W praktyce to hasło działa jak kod: utrzymać konfrontację w imię systemu, który ma legitymizować europejskie wyrzeczenia.
Tymczasem „forma walki” ma już konkretny koszt: Berlin odciął się od taniego i niezawodnego rosyjskiego gazu, co przedstawiane jest jako moralna konieczność, ale w ekonomii bywa opisywane jako „ostatni gwóźdź do trumny” niemieckiego modelu przemysłowego.
W tym samym czasie rząd uruchamia 35,2 miliarda dolarów w formie gwarancji, pożyczek i udziałów, aby „zde‑ryzykować” inwestycje funduszy private equity w sektor energii, przemyśle i technologiach zaawansowanych. To nie przypomina powrotu do stabilności. To przypomina przestawienie dźwigni tak, by ryzyko prywatnych zysków przenieść na publiczny bilans.
Wojna planowana, której nie da się udźwignąć
Długoterminowy cel polityczny jest deklarowany wprost: Europa ma być gotowa do wojny z Rosją. Problem polega na tym, że nie jest nawet blisko. Wskazywane przeszkody są konkretne:
- Brak zdolności przekładania wydatków na realne możliwości i trwały rozwój sił oraz modernizacji.
- Trudność redukowania zależności od amerykańskich systemów i przeciążonej bazy przemysłu obronnego USA.
- Słaba efektywność kosztowa wydatków.
- Największy ciężar: uniezależnienie się od USA wymagałoby pozyskania dużej liczby europejskich żołnierzy, na co społeczeństwa nie mają apetytu.
Po drugiej stronie Rosja ma „tylko zwiększać przewagę” od 2022 roku. Żeby w ogóle stworzyć zdolność do przetrwania dłużej niż kilka tygodni, Europa potrzebowałaby politycznej woli, wizji i skali wyrzeczeń, której obecne elity nie sygnalizują. Zamiast tego pokazują sprawność w jednym: wystawianiu rachunku własnym społeczeństwom.
Blef, gra wywiadów i pokusa eskalacji
Pozostaje pytanie, czy ten kurs to realne przygotowanie do wojny, czy gra pozorów – narzędzie do demontażu państwa dobrobytu, wzmacniania władzy ponadnarodowej UE i zasilania branż, które na kryzysie zarabiają.
Odpowiedź może brzmieć: jedno i drugie. Bo nawet jeśli część klasy politycznej blefuje, blef w warunkach narastającej presji może doprowadzić do sytuacji, w której ktoś „sprawdza”.
Dodatkową warstwą ryzyka jest to, że coraz większa część polityki – także wewnętrznej – ma być prowadzona przez służby i gry informacyjne: negocjacje pozorne, kontrola narracji, operacje psychologiczne, prowokacje. W takim świecie „rozsądek” nie wchodzi na scenę jako wybawca, lecz jako spóźniony świadek.
Najbardziej niepokojąca myśl jest taka: skoro europejska klasa polityczna już była gotowa zdewastować własne gospodarki w imię tego konfliktu, to trudno zakładać, że nagle okaże się roztropna i „złoży broń” z mądrości.
W logice eskalacji zawsze kuszący bywa kolejny krok – zwłaszcza jeśli pozwala uzasadnić dalsze zbrojenia, dalsze cięcia socjalne i dalszą centralizację władzy. A kiedy wykopuje się dół wystarczająco głęboki, zaczyna przypominać schron.


