Amerykański sekretarz energii Chris Wright publikuje na platformie X informację o udanej eskorcie tankowca przez Cieśninę Ormuz. Kilka godzin później wpis znika, a Marynarka Wojenna USA oświadcza, że nie jest w stanie prowadzić takich operacji, bo statki na tym akwenie to „siedzące kaczki”. Ceny ropy wahają się w rytm nie tyle fundamentów rynkowych, ile komunikacyjnego chaosu w Waszyngtonie, a Iran kontynuuje ataki na infrastrukturę energetyczną państw Zatoki, deklarując, że „ani jeden litr” ropy nie wypłynie, dopóki USA i Izrael się nie wycofają.
Sytuacja w Cieśninie Ormuz przypomina coraz bardziej klasyczny wyścig na wyczerpanie – irańskie rakiety i drony kontra zachodnie systemy przechwytujące, stawiacze min i motorówki kontra to, co mogą im przeciwstawić Stany Zjednoczone, Izrael i ich sojusznicy. Teheran aktywuje stawiacze min i szybkie jednostki w cieśninie, a USA twierdzą, że zniszczyły 16 takich jednostek. Problem jednak w tym, że na tym krytycznym szlaku wodnym wciąż brakuje amerykańskich, europejskich czy należących do państw Rady Współpracy Zatoki trałowców i korwet. Bez nich wywiezienie ropy jest mało prawdopodobne – chyba że dojdzie do porozumienia pokojowego lub militarnej porażki jednej ze stron. Paradoks obecnej sytuacji sprowadza się do formuły, która brzmi jak oksymoron: może być konieczna eskalacja siły, aby doprowadzić do deeskalacji.
CYNICZNYM OKIEM: Sekretarz energii chwali się sukcesem na Twitterze, marynarka mówi, że to niemożliwe, a prezydent ogłasza zwycięstwo. Jedyne, co naprawdę płynie przez Ormuz bez przeszkód, to dezinformacja – i to z prądem w obie strony.
Rynek wycenia pokój, a wojna się intensyfikuje
Mimo że rynki finansowe wyceniają ropę w trybie „pokój teraz”, rzeczywistość na miejscu wygląda zupełnie inaczej. Izraelska prasa wojskowa mówi o intensyfikacji amerykańskich działań w ciągu najbliższych jednego do dwóch tygodni – o tydzień dłużej, niż zakładali analitycy po poniedziałkowym oświadczeniu Trumpa.
Niektórzy w izraelskim rządzie uważają, że ostateczny upadek irańskiego reżimu może zająć nawet rok – harmonogram niemożliwy do utrzymania zarówno politycznie, jak i logistycznie. Stąd pośpiech w rozbijaniu każdego elementu irańskiej władzy, obrony i programu nuklearnego, w nadziei, że wyłoni się wewnętrzna dynamika polityczna zdolna obalić reżim. Takie podejście siłą rzeczy odciąga jednak uwagę od militarnego skupienia się na samej cieśninie.
Zachodnia prasa nie dzieli prezydenckiego optymizmu. Financial Times pisze o braku łatwego wyjścia z wojny Trumpa. Telegraph ostrzega przed irańską „wojną horyzontalną”, która może wciągnąć Stany Zjednoczone w kolejny Wietnam. Nawet Jerusalem Post zauważa, że awarie techniczne spowalniają izraelskie postępy w trwającym konflikcie. Do tego dochodzą niepotwierdzone, ale niepokojące pogłoski o zaginięciu irańskiego wzbogaconego uranu, ryzyku użycia brudnej bomby oraz próbach zakupu broni jądrowej od Korei Północnej.
Kluczowym wątkiem, który umyka uwadze skupionej na Bliskim Wschodzie, jest rola Chin. South China Morning Post stawia pytanie, czy chińskie dostawy metali ziem rzadkich mogą podyktować, jak długo potrwają ataki USA na Iran. Po wyczerpaniu bieżących zapasów Stany Zjednoczone dysponują rezerwami tych metali na około dwa miesiące, a kwestia ta zdominuje rozmowy, gdy Trump usiądzie do stołu z prezydentem Xi Jinpingiem. Analogia historyczna jest wymowna – czy Chiny w 2026 roku są tym, czym Ameryka w 1956, a USA odpowiednikiem Wielkiej Brytanii i Francji z kryzysu sueskiego? Jeśli tak, jedyną kartą przetargową Waszyngtonu może być groźba dalszej eskalacji chaosu energetycznego jako odpowiedź na ewentualne ograniczenia dostaw metali ziem rzadkich. Logika brzmi absurdalnie, ale lista alternatyw jest krótka.
Kryzys realny, nie ekranowy
Rynki finansowe nie uwzględniają dychotomii między sferą finansową a materialną. Ceny na ekranach to jedno – realna dostępność energii i jej kluczowych pochodnych, takich jak siarka, nawozy czy hel, to zupełnie inna historia. Europa i Azja walczą o ładunki LNG, przy czym Azja wygrywa, bo statki zmieniają kurs w trakcie rejsu. Rynki diesla zagrażają globalnym spowolnieniem gospodarczym. Ceny nawozów mogą uderzyć w sezon siewny, co przełoży się na ceny żywności w nadchodzących miesiącach.
Podczas gdy Zachód funkcjonuje relatywnie normalnie z dnia na dzień, wschodząca Azja doświadcza zmian spotykanych tylko w czasach największych kryzysów. Wietnam wprowadza największy od czasu pandemii model pracy zdalnej, aby oszczędzać energię. Pakistan nakazał czterodniowy tydzień pracy dla urzędników i dwutygodniowe zamknięcie szkół. Bangladesz zamknął uniwersytety i ograniczył sprzedaż paliw. Dla setek milionów ludzi ten kryzys jest już namacalny w gospodarce realnej – nie w postaci wykresu na ekranie Bloomberg Terminala, lecz w postaci pustych stacji benzynowych i zamkniętych uczelni.
CYNICZNYM OKIEM: Zachód spokojnie ogląda wykresy cenowe przy porannej kawie, podczas gdy pół Azji zamyka szkoły i wprowadza czterodniowy tydzień pracy. Globalizacja działa doskonale – o ile rozumiemy ją jako system, w którym jedni ponoszą koszty, a drudzy debatują o nich na konferencjach.
Na europejskim podwórku tymczasem Ursula von der Leyen sygnalizuje powrót energii jądrowej do łask, a była kanclerz Angela Merkel – ta sama, która przeforsowała zamknięcie niemieckich elektrowni jądrowych – odbiera Europejski Order Zasługi.
Chiński eksport do Europy eksplodował w pierwszych dwóch miesiącach 2026 roku – wzrost o 27,8 procent rok do roku do UE, o 31,3 procent do Niemiec i o 36,4 procent do Francji. Pytanie o to, czy istnieje odpowiedź „oparta na zasadach” na taki trend, wisi w powietrzu. Dla polskiego odbiorcy lekcja jest jednoznaczna – w świecie, gdzie cieśniny się zamykają, rezerwy topnieją, a supermocarstwa blefują, bezpieczeństwo energetyczne nie jest abstrakcyjnym hasłem z dokumentów strategicznych, lecz rachunkiem, który przyjdzie zapłacić przy najbliższej okazji.



