Modżtaba Chamenei jest oficjalnie Najwyższym Przywódcą Iranu. Problem w tym, że nikt go nie widział od momentu objęcia urzędu. Syn zabitego w pierwszym dniu operacji „Epic Fury” Alego Chameneiego nie pojawił się publicznie ani razu przez cały czas trwania wojny – nie pokazał się w telewizji, nie opublikowano żadnych nowych zdjęć, nie udostępniono nawet nagrania jego głosu. W kraju pogrążonym w wojnie z USA i Izraelem najważniejsza osoba w państwie jest dosłownie duchem.
Jego 86-letni ojciec paradoksalnie najwyraźniej w ogóle się nie ukrywał, gdy zginął w ataku lotniczym pierwszego dnia amerykańsko-izraelskiej ofensywy. Syn najwyraźniej wyciągnął z tego lekcję – tyle że być może zbyt daleko idącą.

Sztuczna inteligencja zamiast ajatollaha
Pierwsze publiczne wystąpienie nowego przywódcy 12 marca było w istocie spektaklem zastępczym. Modżtaba Chamenei obiecał wówczas „pomścić krew naszych męczenników” i utrzymać Cieśninę Ormuz zamkniętą. Tyle że – jak ujawnił „The Wall Street Journal” – przesłanie to nie zostało wygłoszone przez samego Chameneiego, lecz odczytane w państwowej telewizji przez prezenterkę wiadomości. Lukę po nieobecności ajatollaha Iran wypełnia sztuczną inteligencją i lektorami.
Światowe służby wywiadowcze traktują tę zagadkę śmiertelnie poważnie. Według serwisu Axios CIA, Mossad i inne agencje obserwowały piątkowy Nowruz, czekając czy Modżtaba pójdzie w ślady ojca i wygłosi noworoczne orędzie.
Nie wygłosił. Święto minęło jedynie z pisemnym oświadczeniem, pogłębiając tajemnicę wokół jego kondycji fizycznej i miejsca pobytu.
CYNICZNYM OKIEM: Najwyższy Przywódca, którego nikt nie widział – to albo mistrzowska konspiracja, albo najdroższy ghost writing w historii teokracji.
Pytania o faktyczną władzę Chameneiego nabrały dodatkowej ostrości po śmierci Alego Laridżaniego, urzędnika ds. bezpieczeństwa narodowego, który według doniesień zginął 17 marca. Laridżani był wyraźnie tymczasową publiczną twarzą Republiki Islamskiej – teraz nie ma już i tej twarzy.
Kto naprawdę rządzi Iranem?
Odpowiedź jest dość oczywista. To elitarny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej w dużej mierze kieruje obecną reakcją wojenną. Iran już dawno przeszedł na system awaryjnego, zdecentralizowanego dowodzenia opartego na autonomicznie działających jednostkach. Irańskie instytucje mają – jak to ujęto – „głęboką ławkę rezerwowych”, co oznacza, że nawet wysocy urzędnicy wojskowi zabijani w bombardowaniach są zastępowalni.
Możliwe, że młodszy Chamenei kieruje wojną z głębokiego podziemnego bunkra lub odległej części kraju. Niezależnie od tego Teheran zasygnalizował gotowość na „długą wojnę”, narzucając agresorom wysokie koszty.
CYNICZNYM OKIEM: Iran nie musi wygrać – wystarczy, że przetrwa. To strategia karalucha podana w opakowaniu imperialnej retoryki, i historycznie rzecz biorąc, działa zatrważająco dobrze.
„The Wall Street Journal” podsumował to dobitnie – trzy tygodnie po wybuchu wojny irański reżim sygnalizuje, że wierzy w swoje zwycięstwo i ma moc narzucenia Waszyngtonowi porozumienia, które utrwali dominację Teheranu nad zasobami energetycznymi Bliskiego Wschodu na nadchodzące dziesięciolecia. Widmowy ajatollah czy nie – machina wojenna działa dalej.



