Zohran Mamdani, członek nowojorskiego zgromadzenia stanowego, zaproponował nowy podatek od spadków, który w retoryce wymierzony jest w miliarderów, a w matematyce – w zwykłych nowojorczyków, których tak zwany majątek jest w dużej mierze uwięziony w domach, na które zarabiali przez dziesięciolecia. Plan zakłada obniżenie progu podatku od spadków do 750 000 dolarów, co w Nowym Jorku nie jest wyznacznikiem bogactwa, lecz dowodem na to, że ktoś kupił dom w ciągu ostatnich trzydziestu lat i go nie stracił. Skromny dom w Queens lub na Brooklynie plus konto emerytalne wystarczą, by przekroczyć ten próg. Emerytowany pracownik miejski ze spłaconym domem kwalifikuje się już jako ziemiaństwo. Retoryka mówi o oligarchach. Praktyka mówi o klasie średniej.
Dla niektórych ten argument może brzmieć abstrakcyjnie, niczym ostrzeżenie przed konsekwencjami, które mogą, ale nie muszą się ziścić. Nie trzeba jednak spekulować, jak kończą się takie uciążliwe polityki fiskalne. Poza krzywą Laffera, która istnieje nie bez powodu od pięćdziesięciu lat, mamy świeży przykład z prawdziwego świata – i dzieje się to w stanie, który podziela wiele instynktów politycznych i nawyków fiskalnych Nowego Jorku.

Massachusetts jako przedpremierowy pokaz klęski
Massachusetts niedawno wprowadziło nowy, czteroprocentowy podatek dodatkowy od dochodów powyżej miliona dolarów, po tym jak wyborcy zatwierdzili to rozwiązanie w 2022 roku. Zwolennicy przedstawiali to jako ukierunkowany, rozsądny sposób na pozyskanie funduszy od najbogatszych na cele publiczne takie jak edukacja i transport. W teorii była to dokładnie taka polityka, o której politycy pokroju Mamdaniego twierdzą, że wygeneruje ogromne sumy pieniędzy bez szerszych konsekwencji gospodarczych.
Wczesne dane opowiadają jednak znacznie mniej pocieszającą historię. W 2023 roku, czyli w pierwszym roku obowiązywania dodatkowego podatku, Massachusetts odnotowało odpływ netto skorygowanego dochodu brutto w wysokości 4,2 miliarda dolarów. Liczba ta wzrosła o osiem procent w stosunku do roku poprzedniego.

Nie było to spowodowane nagłym spadkiem populacji czy jakimś niepowiązanym wstrząsem. Odzwierciedla to stały i mierzalny ruch dochodów – oraz ludzi, którzy je zarabiają – poza granice stanu. Jeszcze bardziej wymowne jest to, że przesunięcie nastąpiło mimo faktu, że ogólne wzorce migracji nie uległy drastycznemu pogorszeniu. Być może wyjechało mniej osób, ale ci, którzy to zrobili, zabrali ze sobą znacznie większe dochody.
To jest właśnie dynamika, którą zwolennicy wyższych podatków dla wybranych grup konsekwentnie ignorują. Podatki zmieniają zachowania, szczególnie wśród osób o największej elastyczności w reagowaniu. Osoby o wysokich zarobkach, właściciele firm i inwestorzy nie przyjmują biernie wyższych obciążeń podatkowych, jeśli mają realistyczne alternatywy. Szukają jurysdykcji, które traktują ich przyjaźniej, a w Stanach Zjednoczonych takich alternatyw jest pod dostatkiem. Floryda czy New Hampshire oferują drastycznie niższe obciążenia podatkowe i stały się magnesami dla dokładnie tych podatników, od których stany o wysokich podatkach stają się coraz bardziej zależne.
Zwolennicy podatku w Massachusetts wskażą, że wygenerował on miliardy nowych przychodów – i to twierdzenie jest prawdziwe, o ile na nim poprzestaniemy. Pomija ono jednak długofalową erozję bazy podatkowej. Gdy ze stanu uciekają miliardy dolarów dochodu, strata kumuluje się z czasem poprzez ograniczenie inwestycji, mniejszą liczbę nowo zakładanych firm i niższe przyszłe wpływy z podatków. Krótkoterminowy zastrzyk gotówki przesłania wolniejszy, ale bardziej brzemienny w skutki regres pod powierzchnią.
CYNICZNYM OKIEM: Politycy od zawsze definiują bogatych jako tych, którzy mają odrobinę więcej niż ich wyborcy. Gdy bogaci uciekają, definicja po cichu się poszerza – aż obejmuje każdego, kto nie zdążył się spakować.
Nowojorski wariant tego samego błędu
Plan Mamdaniego opiera się na tym samym magicznym myśleniu, które napędzało podatek w Massachusetts – przekonaniu, że rząd może wycisnąć znacznie więcej pieniędzy z dogodnie zdefiniowanej grupy, a grupa ta nawet nie zauważy lub nic z tym nie zrobi. To kojąca teoria dla kogoś, kto spędza większość czasu na seminariach politycznych, a bardzo mało na obserwowaniu rzeczywistych ludzkich zachowań.
W prawdziwym świecie ludzie reagują na bodźce, zwłaszcza gdy dotyczą one dużych sum pieniędzy i dają opcję po prostu wyjazdu. Nowy Jork jest już jednym z najbardziej opodatkowanych miejsc w kraju i od lat traci mieszkańców na rzecz stanów o niższych podatkach. Dorzucenie drastycznie bardziej agresywnego podatku od spadków nie jest odważną innowacją polityczną – to brnięcie w problem, który wszyscy już widzą.
To, co czyni propozycję Mamdaniego szczególnie uderzającą, to jak szeroką sieć zarzuca, udając jednocześnie, że celuje tylko w bogatych. Massachusetts przynajmniej wycelowało swój podatek w dochody powyżej miliona dolarów, co choć dyskusyjne, jest przynajmniej spójne retorycznie. Mamdani chce zejść do progu 750 000 dolarów, co w nowojorskich realiach nieruchomości jest granicą absurdalnie niską.
Reakcja behawioralna w tym przypadku nie wymaga doktoratu z prawa podatkowego. Unikanie podatku od spadków to nie restrukturyzacja firmy ani nawigowanie po zawiłych lukach prawnych. W wielu przypadkach jest to tak proste jak zmiana adresu. Emeryci już teraz masowo przeprowadzają się do stanów o niższych podatkach. Plan Mamdaniego daje im po prostu kolejny bardzo konkretny powód, by zrobić to zanim państwo położy łapę na ich oszczędnościach życia. Gdy wybór sprowadza się do opuszczenia Nowego Jorku lub oddania ogromnej części tego, co planowało się przekazać dzieciom, niemała liczba osób zacznie przeglądać oferty nieruchomości na Florydzie.
Przewidywalny rezultat jest następnie traktowany jako tajemnica. Zamiast stabilnego i rosnącego strumienia przychodów wyciśniętych z bogatych, pojawia się powolna, lecz nieubłagana erozja bazy podatkowej, gdy majątek, dochody i podatnicy przenoszą się do przyjaźniejszych jurysdykcji. Strata ta nie ujawnia się od razu, co pozwala decydentom ignorować ją w krótkim terminie, podczas gdy świętują początkowy skok wpływów. Z czasem jednak matematyka przestaje współpracować, a odpowiedź jest niemal zawsze taka sama – definicja bogatego po cichu rozszerza się, aż obejmie każdego, kto jeszcze nie uciekł.
CYNICZNYM OKIEM: Mamdani proponuje podatek od spadków z progiem 750 tysięcy dolarów w mieście, gdzie za tyle kupujesz kawalerkę z widokiem na śmietnik. To nie jest walka z nierównością – to haracz od klasy średniej, która popełniła błąd, nie umierając na Florydzie.
Nowy Jork nie potrzebuje kryształowej kuli, by zobaczyć, jak to się skończy. Przedpremierowy pokaz trwa już w Massachusetts, gdzie miliardy dolarów dochodu przepłynęły za granice stanu w pierwszym roku obowiązywania podatku od najlepiej zarabiających. Ignorowanie tego nie jest odwagą ani wizjonerstwem – to uparta ślepota. Jeśli propozycja Mamdaniego przejdzie, zakończenie nie będzie zaskoczeniem – będzie to ta sama historia, którą Nowy Jork opowiada od lat, tyle że szybsza, głośniejsza i znacznie kosztowniejsza dla tych, którzy nie mają opcji wyjazdu.


