Niedawny nagłówek z Nowej Zelandii brzmi jak zapowiedź filmu, którego widzowie już raz wyszli ze sali z poczuciem, że zostali oszukani. „Rząd ujawnia szczegóły planu racjonowania paliw w sytuacjach kryzysowych – i kto będzie miał pierwszeństwo” – donoszą lokalne media. Zawsze, gdy „ludzie w garniturach” decydują o tym, kto coś dostanie, a kto nie, można być pewnym koncertowego wyrolowania, ostrzega autor analizy, który zestawia nowy dokument z reakcją na pandemię koronawirusa i znajduje uderzające podobieństwa.
Na pierwszy rzut oka Plan Reagowania Paliwowego sprawia wrażenie umiarkowanego. Jest stopniowy, w początkowych fazach odwołuje się do mechanizmów rynkowych i wyraźnie przedstawia eskalację działań jako ostateczność, a urzędnicy dwoją się i troją, by przekonać, że Fazy 3 i 4 są mało prawdopodobne. Te same uspokajające zapewnienia padały na początku „oszustwa Covidowego” – i okazały się celowym pozycjonowaniem. Architektura nowego planu jest zaś uderzająco znajoma każdemu, kto pamiętał lockdowny i kolejne poziomy alarmowe.

CYNICZNYM OKIEM: Najpiękniejsze w państwowych planach kryzysowych jest to, że zawsze powstają „na wszelki wypadek”, a potem cudownym trafem akurat ten wypadek się wydarza. Korzystają zawsze ci sami, a kolejka po resztki nigdy się nie skraca.
Pasma od A do E, czyli formalna hierarchia obywateli
Najmocniejszym strukturalnym podobieństwem do reżimu pandemicznego jest eskalacja uprawnień ubrana w szaty roztropnego planowania. Pandemia zaczęła się od „dwóch tygodni na spłaszczenie krzywej”, a plan paliwowy startuje od „monitorowania i informowania”. W obu przypadkach ramy zaprojektowano tak, by znormalizować istnienie nadzwyczajnych uprawnień, zanim zostaną one użyte, a Fazy 3 i 4 – racjonowanie, limity zakupowe, odgórna dystrybucja – zostają politycznie i prawnie legitymizowane przez sam fakt umieszczenia ich w opublikowanym dokumencie.
Decyzyjnym sercem mechanizmu jest Ministerialna Grupa Nadzorcza do spraw Bezpieczeństwa Paliwowego, która rozstrzyga o przejściach między fazami w oparciu o sześć kryteriów. Żadne z tych kryteriów nie stanowi automatycznego wyzwalacza – ministrowie mają „rozważyć szeroki zakres informacji” i „ocenić pełny obraz sytuacji”. Autor analizy widzi w tym tę samą konstrukcję, którą w czasie pandemii dysponowali Ashley Bloomfield i Jacinda Ardern, dzierżąc faktycznie nieograniczoną władzę nad przemieszczaniem się obywateli. Kryteria te, jak ocenia, zapewniają osłonę polityczną zamiast realnych ograniczeń, a etykieta „w trakcie konsultacji” przy Fazach 3 i 4 jest klasycznym teatrem, znanym już z covidowych spotkań z grupami biznesowymi i samorządami.
Najbardziej kontrowersyjny element planu to jednak pasma priorytetowe od A do E – formalna hierarchia obywateli wprowadzona dekretem. Pasmo A obejmuje rząd, obronę, sądy, więziennictwo i szpitale, czyli „państwo we własnej osobie, w pełni chronione”. Pasmo B, opisane jako „usługi o znaczeniu gospodarczym”, mieści wielkich operatorów logistycznych, łańcuchy dostaw supermarketów oraz lotnictwo międzynarodowe, w tym Air New Zealand, które, jak przypomina komentator, zostało częściowo znacjonalizowane w trakcie pandemii i od tego czasu co roku przynosi straty. Pasmo C to transport publiczny i infrastruktura krytyczna, w dużej mierze podmioty państwowe lub zakontraktowane przez państwo. Pasmo D mieści „wszystkie inne komercyjne i biznesowe zastosowania paliwa” – czyli właścicieli małych firm, rzemieślników, niezależnych kurierów i wiejskich wykonawców, którzy znaleźli się czwarci w kolejce. Pasmo E, sprzedaż detaliczna ogólna, to zwykły obywatel ustawiony na samym końcu szeregu.
Definicje są celowo elastyczne. Pojęcie „krytycznego znaczenia czasowego” w paśmie B nie zostało doprecyzowane – nie wiadomo, kto ostatecznie decyduje, który ładunek jest krytyczny, a który nie. „Jeśli jestem małym przedsiębiorcą dostarczającym żywność z hurtowni do lokalnych delikatesów, czy otrzymam priorytet? Szczerze w to wątpię” – komentuje autor tekstu, dodając, że „nie – będzie tak jak przy Convid. Tylko dla wybranych”. Biurokratyczna uznaniowość, która w pandemii faworyzowała sieci supermarketów i głównych operatorów logistycznych, kosztem małych operatorów walczących o resztki, w tym dokumencie nie napotyka żadnej bariery. Nie istnieje też mechanizm wyjścia – zapis o tym, że środki „zostaną zniesione, gdy tylko pozwolą na to warunki”, oznacza w praktyce: gdy ministrowie tak zdecydują. Nowa Zelandia utrzymywała jedne z najbardziej restrykcyjnych polityk granicznych w rozwiniętym świecie przez prawie dwa lata, więc precedens jest mało zachęcający.
CYNICZNYM OKIEM: Demokracja liberalna w wersji deluxe: prawa własności na papierze, dystrybucja paliwa z ministerialnej tabelki. Obywatel z pasma E ma głos równy obywatelowi z pasma A – tyle, że w innej kolejce.
Faszyzm ekonomiczny w technokratycznych rękawiczkach
Jedyny element, który autor uznaje za umiarkowanie pozytywny, to brak prób budowania sztucznej solidarności społecznej za pomocą emocjonalnej propagandy – choć i to, jak podejrzewa, jest tylko kwestią czasu. Podstawowa lekcja, której Wellington nie wyciągnęło z pandemii, brzmi: ramy kryzysowe, raz zbudowane, są trudne do zdemontowania i łatwe do rozszerzenia. Nowozelandzki aparat covidowy – ustawodawstwo, kultura egzekwowania, autorytet biurokracji zdrowia publicznego – przetrwał każdy uzasadniony stan wyjątkowy o osiemnaście miesięcy i pozostawił trwałe uszczerbki w normach swobód obywatelskich, żywotności małych firm oraz zaufaniu do instytucji. Plan paliwowy, w ocenie komentatora, tworzy analogiczną strukturę: grupa ministerialna, pasma priorytetowe i uprawnienia do odgórnej dystrybucji nie znikają po zakończeniu kryzysu, lecz stają się bazową infrastrukturą dla następnego stanu wyjątkowego.
W tym miejscu analiza przechodzi do diagnozy znacznie ostrzejszej. Faszyzm ekonomiczny, odarty ze swojej wojennej estetyki, jest specyficznym i spójnym systemem, w którym własność prywatna zostaje zachowana w formie, ale państwo kieruje alokacją zasobów, ustala priorytety oraz wskazuje zwycięzców i przegranych. Duża prywatna firma i aparat państwowy stają się funkcjonalnie nieodróżnialne, a prawa własności istnieją na papierze, podczas gdy autonomia operacyjna – już nie. Komentator zestawia tę definicję z planem: firmy paliwowe zachowują własność infrastruktury i zapasów, ale rząd decyduje, kogo mają zaopatrywać, w jakiej kolejności i na jakich warunkach. Mechanizmem operacyjnym jest „koordynacja branżowa”, co oznacza, że przy stole siadają wielcy gracze powiązani z rządem, a nie mali operatorzy.
Pasma priorytetowe nie są wynikiem rynkowej alokacji, lecz odgórnym przydziałem ubranym w język administracyjny. „To nie jest rynek. To sterowana prywatna przedsiębiorczość – co jest definicją operacyjną faszyzmu ekonomicznego” – pisze autor analizy. Klasa średnia, czyli właściciele małych firm, niezależni operatorzy, rzemieślnicy i producenci wiejscy poza okresami „krytycznymi czasowo”, otrzymuje to, co zostanie po tym, jak państwo i jego wielcy partnerzy korporacyjni „napchają sobie żołądki i portfele”. To nie jest błąd w projekcie – to jest projekt, podsumowuje komentator. W pandemii, jego zdaniem, klasa średnia została ograbiona, choć większość wciąż nawet o tym nie wie – czuje jedynie, że jest biedniejsza niż wcześniej.
Pranie ideologiczne i wniosek, którego nikt nie wydrukuje
Tym, co czyni ten model szczególnie skutecznym, jest fakt, że operuje on całkowicie w języku demokracji liberalnej. Nie ma widocznego wywłaszczenia, nie ma nacjonalizacji, prawa własności są formalnie szanowane, a język brzmi technokratycznie – „kryteria oceny”, „nadzór ministerialny”, „przejścia między fazami”. Wynik funkcjonalny, czyli alokacja zasobów sterowana przez państwo, faworyzująca duże korporacje i podmioty rządowe, jest jednak nie do odróżnienia od tego, co zaprojektowałby ktoś świadomie chcący wydrążyć ekonomiczny środek. Komentator spodziewa się też w nadchodzącym kryzysie kolejnych przejęć własności przez państwo, sprzedawanych opinii publicznej jako „partnerstwa publiczno-prywatne”.
W konkluzji autor podkreśla, że plan paliwowy nie jest dokumentem faszystowskim ani szczególnie radykalnym jak na współczesne standardy – i właśnie to czyni go wartym uważnej lektury. „Jest to najnowsza iteracja modelu rządzenia, który po cichu konsoliduje się od dziesięcioleci: państwo i wielki kapitał jako współzarządzający gospodarką, przy czym mały biznes i indywidualny obywatel są pozycjonowani jako osoby mające prawo do resztek zasobów, jakie pozostaną po zaspokojeniu głównych beneficjentów” – pisze. Można to nazwać faszyzmem ekonomicznym, etatyzmem korporacyjnym albo kapitalizmem kolesiów – etykieta ma mniejsze znaczenie niż sam mechanizm, a mechanizm ten po raz kolejny ukrywa się na widoku, wewnątrz dokumentu opisanego jako planowanie kryzysowe.
Notatka redakcyjna dołączona do tekstu idzie jeszcze dalej, sugerując, że plan nie dotyczy wyłącznie paliwa, lecz szerszego trendu, w którym rządy przygotowują się do zarządzania przyszłymi kryzysami poprzez kontrolowanie dostępu, racjonowanie zasobów i decydowanie o tym, kto zostanie objęty ochroną w pierwszej kolejności. Ma to poważne konsekwencje dla pieniędzy, wolności i tego, jak obywatel ma się przygotować na nadchodzące zawirowania. W całej analizie powraca jedno przekonanie – że „owce” znów się na to nabiorą, a iluzja demokracji powinna zostać ostatecznie rozwiana. Czy nowozelandzki plan racjonowania jest jedynie ostrożnościowym dokumentem branżowym, czy raczej kolejnym wzorcem, który prędzej czy później zostanie skopiowany przez inne stolice, pozostaje pytaniem otwartym. Jasne jest tylko to, że hierarchia od A do E już została wpisana w prawodawstwo, a po jej wprowadzeniu na papier zwykle szybko schodzi z niego do realnego życia.



