Dzwonek telefonu potrafi być w Nigerii wyrokiem – Nuhu Dauda, 67-letni ewangelista, usłyszał od młodszego brata, że dżihadyści otoczyli jego dom i skandują, że zabiją wszystkich w środku. Policja zdołała wyciągnąć pięciu członków rodziny, ale uzbrojeni napastnicy spalili dom i zabili młodego współpracownika na misji. To był 2005 rok, a Dauda mówi, że przez dwie dekady oglądał masakry, nosił ciała bliskich i własnymi rękami ich grzebał.
Świat długo przechodził nad tym do porządku dziennego – aż nagły wzrost przemocy sprawił, że amerykańska administracja zaczęła mówić o możliwej interwencji, sugerując, że skala zabijania przypomina „ludobójstwo”. Rząd Nigerii odpiera zarzut prześladowań religijnych i upiera się, że to kryzys bezpieczeństwa o „złożonych korzeniach społeczno-ekonomicznych i politycznych”, dotykający wyznawców wszystkich religii. Tyle że równolegle rośnie fala brutalnych ataków na wspólnoty chrześcijańskie, a ona nie pojawia się w próżni – zbiega się i miesza z ekspansją islamistycznego ekstremizmu w całym regionie.
Autor poleca: Nigeria: ponad 100 000 chrześcijan zamordowanych od 2009
Środek kraju, który przestał być środkiem
Dauda dorastał w regionie Middle Belt wśród muzułmańskich sąsiadów i przyjaciół – w pokoju, bez obsesji na punkcie tożsamości. Około 2001 roku coś pękło. Nagle pojawili się radykałowie, w społecznościach, gdzie muzułmanie byli mniejszością, ale byli dobrze uzbrojeni, i zaczęły się ataki, które – jak mówi Dauda – wypchnęły chrześcijan z domów.

W tej opowieści Middle Belt nie jest tylko „geografią” – jest stykiem, na którym przenikają się bandytyzm, lokalne konflikty, ruchy zbrojne i ideologia. Państwo próbuje opisywać to osobnymi etykietami – tu spór o ziemię, tam terroryzm, gdzie indziej „zwykłe” porwania. Ale w rzeczywistości te etykiety coraz gorzej pasują do tego, co dzieje się w terenie, bo przemoc przestała respektować administracyjne kategorie.

Boko Haram jako źródło, które zatruwa dalej
Wielu obserwatorów doszukuje się źródła obecnej spirali w powstaniu nigeryjskiego sunnickiego ruchu dżihadystycznego sprzed ponad dwóch dekad – synonimem stało się Boko Haram, nazywane czasem „nigeryjskimi talibami”. Według jednego z komentatorów wszystko jest „w dół rzeki” od Boko Haram – bo to masowe zabijanie zainicjowane przez organizację, która bierze za cel chrześcijan, muzułmanów i właściwie każdego, kogo uzna za niewiernego lub odstępcę.
Boko Haram – luźno tłumaczone jako „zachodnia edukacja jest zakazana” – zostało uznane przez USA za organizację terrorystyczną w 2013 roku. Powstało w 2002, a w 2009 rozpoczęło zbrojną rebelię przeciw rządowi Nigerii. Utrzymało przyczółek na północnym wschodzie, ale też w sąsiednich państwach – Czadzie, Kamerunie i Nigrze. Z czasem krajobraz przemocy skomplikował się jeszcze bardziej: pojawiły się odłamy, afiliacje, konflikty i chwilowe sojusze, a obok Boko Haram zaczęły funkcjonować struktury kojarzone z ISIS i al-Kaidą, bandyci, grupy transgraniczne i milicje etniczne.
Nigeria jest dziś wysoko w rankingach terroryzmu, ale liczby – choć ogromne – nie dają prostych odpowiedzi. Szacunki ofiar cywilnych od 2009 roku wahają się od 50 tysięcy do ponad 100 tysięcy, miliony są przesiedlone, a ONZ szacowała, że niemal 350 tysięcy osób mogło zginąć bezpośrednio lub pośrednio w wyniku konfliktu. Jednocześnie monitoring wskazuje, że przemoc wymierzona w chrześcijan wyraźnie wzrosła od 2020 roku, choć całościowo fala przemocy politycznej pochłaniała też bardzo wielu muzułmanów. I właśnie w tym miejscu zaczyna się spór o słowa – czy to „prześladowania chrześcijan”, czy „kryzys bezpieczeństwa”, czy jedno i drugie naraz.
Ataki, które przestały udawać, że są przypadkowe
W październiku USA ponownie wpisały Nigerię na listę „kraju szczególnej troski” – formalną kategorię dla najgorszych sprawców naruszeń wolności religijnej. W listopadzie urzędnicy mówili w Kongresie o planie wsparcia nigeryjskich zdolności bezpieczeństwa i walki z terroryzmem. I niemal natychmiast przyszła odpowiedź rzeczywistości: uzbrojeni napastnicy wtargnęli do katolickiej szkoły w Middle Belt i porwali ponad 300 uczniów oraz 12 nauczycieli.
To był czwarty masowy atak w ciągu tygodnia i jeden z najgorszych w historii kraju, większy nawet niż głośne porwanie 276 uczennic w Chibok w 2014 roku. W ciągu dekady grupa miała uprowadzić ponad 1700 dzieci, a porwani – według relacji – bywają zmuszani do walki, „małżeństw” z porywaczami albo sprzedawani do niewoli seksualnej.
Ten sam tydzień przemocy przyniósł też napad na kościół podczas nabożeństwa – dwóch zabitych i 38 porwanych – uprowadzenie 24 uczennic z innej szkoły oraz mord i porwania ludzi z domów. Kilka dni później media donosiły o kolejnych porwaniach kobiet w stanie Borno i spaleniu wioski. Biskup katolicki mówił wprost, że zamiast stabilizacji następuje jeden z najbardziej śmiercionośnych okresów dla nigeryjskich chrześcijan.
Dauda tłumaczy, że państwo jest przeciążone, bo to nie jest klasyczna wojna, do której przygotowuje się armie – napastnicy „ukrywają się, atakują, wycofują i znikają”. Rząd odpowiada statystyką: tysiące „zneutralizowanych” terrorystów, tysiące aresztowanych podejrzanych, tysiące uratowanych ofiar porwań. Tyle że po stronie cywilów statystyka brzmi inaczej – jako codzienny strach i nocne telefony.
CYNICZNYM OKIEM: Państwo uwielbia podawać liczby „zneutralizowanych”, bo liczby brzmią jak kontrola sytuacji – ale cywile liczą inaczej, po imionach, po pustych domach i po tym, ile miejsc w kościele nagle nie ma kto zająć
Fulani – spór o ziemię czy silnik rzezi
Na mapie nigeryjskiej przemocy jest jeszcze jedna nazwa, która wraca obsesyjnie – milicje Fulani. Władze często opisują to jako konflikt o ziemię i użytkowanie gruntów między rolnikami, w większości chrześcijańskimi, a pasterzami Fulani, półkoczowniczymi i w większości muzułmańskimi. Do tego dochodzą argumenty o klimacie, kurczących się zasobach i presji demograficznej.
Ale organizacje monitorujące prześladowania chrześcijan wskazują, że Fulani mają być odpowiedzialni za 55 procent odnotowanych zgonów chrześcijan w latach 2019-2023. Inne badania przypisują milicjom Fulani ogromny udział w zabijaniu cywilów w latach 2019-2024, większy niż łączna liczba ofiar wielu znanych organizacji terrorystycznych. Jednocześnie pojawia się osobliwy dysonans: według jednego z opisów Fulani „zniknęli” z międzynarodowych rankingów terroryzmu, mimo że stali się „wykładniczo bardziej zabójczy”.
Tu obraz komplikuje kolejna obserwacja – analitycy podkreślają, że przemoc w Middle Belt jest wielokierunkowa i nie da się jej sprowadzić do prostej „wojny religijnej”. „Prawdziwym zagrożeniem” mają być grupy dżihadystyczne, które rozszerzają wpływy i zaczynają konkurować z państwem, wciągając coraz większe segmenty ludności. Część z tych struktur bywa większościowo fulanijska, ale działa też w stanach w większości muzułmańskich, gdzie ofiarami są głównie muzułmanie. W tle pojawia się też teza o wieloletnim wykluczeniu pasterzy i grup hodowlanych przez państwo, co czyni ich podatnymi na radykalizację.
Dauda, mimo wszystkiego, uparcie oddziela ludzi od ideologii – twierdzi, że większość Fulani jest niewinna i chce spokojnie żyć, a radykalizuje się „niewielka liczba”. Ten detal jest kluczowy, bo pokazuje, jak łatwo przemoc próbuje wcisnąć całe społeczności w rolę zbiorowego wroga – a to z kolei jest paliwo dla kolejnych odwetu i kolejnych rekrutacji.
Jak wygląda teren po „incydencie”?
Musa Belo, urodzony jako muzułmanin Fulani, przeszedł na chrześcijaństwo i stał się kaznodzieją – dziś ukrywa się, bo dostaje groźby śmierci od islamistów i boi się represji ze strony państwa. Opowiada o wioskach dostępnych tylko motocyklem lub pieszo, o działaniach misyjnych, a potem o powrocie i odkryciu, że cała społeczność została wymazana.
Opisuje widok, który nie pasuje do urzędowych formułek o „kryzysie bezpieczeństwa” – szkielety ludzi, ciała, które jeszcze się nie rozłożyły. Inny świadek relacjonuje atak z Wigilii 2023 roku, w którym zginęło ponad 200 osób w głównie chrześcijańskich wioskach – napastnicy mieli zaczynać od kościołów i domów pastorów, jednego duchownego wywlec, spalić dom, odprowadzić za kościół i ściąć mu głowę. Pojawiają się też relacje o okrzykach „Allahu Akbar” i „zabijemy chrześcijan” wypowiadanych podczas ataków.
Kolejny obraz jest równie brutalny, tylko mniej krwawy – ośrodki przesiedleńcze, gdzie ludzie śpią na cementowych podłogach w kościołach, bez realnej ochrony, z narzędziami rolniczymi jako jedyną „obroną”, podczas gdy wojsko ma „patrzeć w inną stronę”. To nie wygląda jak państwo, które panuje nad swoim terytorium – to wygląda jak społeczeństwo, które próbuje przetrwać w szczelinach systemu.
Belo i Dauda mówią coś jeszcze bardziej niepokojącego – że do Nigerii przychodzą Fulani z innych krajów. Belo twierdzi, że rozmawiał z człowiekiem, który miał pochodzić z Mali i jechać z grupą do stanu Benue. Wskazuje, że granice z Nigrem i Czadem są łatwe do przekroczenia, a napastnicy mają broń „sofistykowaną” – karabiny maszynowe, AK, RPG – taką, jakiej, w jego opisie, nie używa nawet armia.
Belo stawia oskarżenie szczególnie ciężkie: przez dwie dekady rząd nie doprowadził do skazania ani jednego sprawcy. Dauda z kolei patrzy na uzbrojonych pasterzy i pyta wprost, jak człowiek, którego „bankiem” jest krowa i przyszłość dzieci, ma obsługiwać karabin maszynowy – i dochodzi do wniosku, że „ktoś stoi za tym”, a ludzie są „wyprani z mózgu”. W jego logice to nie jest lokalna bójka – to jest projekt rozszerzania przemocy na cały kraj, skoro słychać o zabójstwach w kościołach także na południu.
Jedno zagrożenie, wiele masek
Rząd Nigerii lubi rozdzielać zjawiska – terroryści w północnym wschodzie, bandyci w północnym zachodzie, spory o ziemię w Middle Belt. Ale w opisie, który wyłania się z danych i relacji, te granice tracą sens, bo ekstremizm stał się transnarodowy, a przepływ broni i ludzi przez porowate granice skleja konflikty w jeden ekosystem.
W tej opowieści Sahel i obszary subsaharyjskie, obejmujące Nigerię, stają się nowym centrum globalnej przemocy salaficko-dżihadystycznej, a grupy wchodzą w „nową fazę ekspansji”. Pojawia się też informacja, że większość operacji ISIS w 2025 roku miała miejsce w Afryce, a jedna z organizacji związanych z Państwem Islamskim w Afryce Zachodniej kontroluje rozległe tereny i zabija lub wypędza tysiące ludzi w Nigerii i krajach sąsiednich.
Współpraca między grupami rośnie – dzielenie się bronią, propagandą, bojownikami, włączanie lokalnych struktur w większe sieci ISIS lub al-Kaidy. W efekcie Nigeria przestaje być „oddzielnym teatrem” – staje się węzłem, łącznikiem między różnymi obszarami konfliktu. A wspólny mianownik ma być jeden: chęć zniszczenia nowoczesnego państwa, jakie znamy.
CYNICZNYM OKIEM: Najbardziej użyteczna dla wszystkich jest narracja „to skomplikowane” – bo gdy jest skomplikowane, zawsze da się odroczyć decyzje, rozmyć winę, wytłumaczyć bezradność i udawać, że jutro też można zacząć działać
Na to wszystko nakłada się jeszcze warstwa prawna i społeczna. Po 1999 roku, gdy Nigeria wróciła do demokracji konstytucyjnej, 12 północnych stanów ponownie wprowadziło islamskie prawo karne. Teoretycznie szariat ma dotyczyć muzułmanów, ale według obrońców praw człowieka w praktyce bywa używany do uzasadniania przemocy tłumu i kary śmierci sankcjonowanej przez państwo.
Pojawia się szczególnie drażliwy element – prawo o bluźnierstwie zagrożone karą śmierci w tych 12 stanach. Organizacje mówią o eskalacji przemocy tłumu: ludzie oskarżani o bluźnierstwo mają być linczowani, kamienowani, torturowani i paleni żywcem, a urzędnicy rzadko publicznie potępiają takie zbrodnie. W takim środowisku przemoc nie musi już udawać „wypadku” – staje się czymś, co może zostać moralnie usprawiedliwione przez liderów religijnych, społeczny gniew albo milczenie władz.
Spór o język, czyli kto komu odbiera rzeczywistość
W tle toczy się wojna o słowa. Jedna strona mówi: fundamentalizm i religijny cel są oczywiste, bo sami sprawcy o tym mówią – chcą zastąpić Nigerię państwem islamskim, nienawidzą demokracji, a „niewiara” jest problemem. Druga strona odpowiada: to klimat, ziemia, ubóstwo, demografia, polityka – i religia jest tylko etykietą naklejaną na chaos.
Najbardziej trujące w tym sporze jest to, że można nim skutecznie unieważniać doświadczenie ofiar. Jeśli ktoś mówi, że napastnicy krzyczeli „zabijemy chrześcijan”, a ktoś inny odpowiada, że to wyłącznie konflikt o zasoby, to w praktyce nie dochodzi do analizy – dochodzi do wyparcia części faktów, które nie pasują do wygodnej ramy.
A jednak nawet wśród tych, którzy akcentują religijny wymiar, pojawia się ważna nuta – Dauda nie chce uciekać z kraju i nie mówi językiem nienawiści do wszystkich muzułmanów. Mówi, że prosi Boga o interwencję i że to właśnie dlatego wciąż ma siłę o tym opowiadać – bo w świecie, który reaguje dopiero wtedy, gdy ktoś w Waszyngtonie podniesie głos, świadectwo bywa jedyną rzeczą, której jeszcze nie spalono.


