Niemcy nie cierpią w pierwszej kolejności na kryzys gospodarczy, energetyczny, migracyjny czy kryzys państwa. Niemcy cierpią przede wszystkim na kryzys swoich elit, czyli środowiska, które uważa się za moralnie, intelektualnie oraz administracyjnie legitymizowaną klasę przywódczą kraju. Klasa ta od lat podtrzymuje reżim unikania rzeczywistości, samouwielbienia i zastępowania autentycznych działań retorycznymi substytutami. Nieszczęście obecnej sytuacji nie polega na tym, że popełniono błędy, ponieważ błędy są naturalną częścią polityki w każdym państwie demokratycznym. Prawdziwym nieszczęściem jest fakt, że Niemcy wytworzyły klasę menedżerskich elit, która odmawia zmiany kursu nawet wtedy, gdy konsekwencje jej działań są całkowicie obnażone. Klasa ta nie koryguje się, ponieważ nie mierzy się już miarą rzeczywistości, lecz miarą aprobaty własnych kręgów. Nie chce mieć racji przed trybunałem rzeczywistości, lecz przed trybunałem wystawionym przez własne środowisko, co stanowi źródło niemieckiego upadku.
Republika Federalna była niegdyś, mimo wszystkich swoich wad, krajem czerpiącym siłę ze specyficznej mieszanki trzeźwości, etosu pracy, racjonalności technicznej, dyscypliny instytucjonalnej oraz mieszczańskiej powściągliwości. Tamten kraj nie był wielki poprzez patos, lecz poprzez powagę, nie poprzez wizje, lecz poprzez rzetelność, i nie poprzez moralne popisywanie się, lecz poprzez cichą kompetencję. Posiadał on zdolność koncentracji na tym, co konieczne, zamiast zatracania się w tym, co pożądane, a z tamtych Niemiec w aparacie władzy pozostało już bardzo niewiele.

CYNICZNYM OKIEM: Im gorzej działają dworce, granice i szkoły, tym piękniejsze stają się przemówienia o postawie i odpowiedzialności. Niemiecka elita opanowała sztukę zamiany substancji na slajdy z prezentacji.
Państwo kuratorskie zamiast republikańskiego
W miejsce prozaicznej trzeźwości wyłoniła się klasa polityczno-medialna, która myli rządzenie z pedagogicznym ulepszaniem świata. Jej pierwszym instynktem nie jest już zabezpieczanie, umożliwianie i wyznaczanie granic, lecz edukowanie, ramowanie, terapeutyzowanie, reinterpretowanie i moralne wychowywanie obywateli. Relacja władzy z obywatelem nie jest już republikańska, lecz kuratorska, ponieważ obywatel nie jawi się tej klasie jako suweren, na którego rzecz ona pracuje, jak niegdyś rozumiał ten urząd Helmut Schmidt. Jawi się raczej jako przypadek problematyczny, czyli zbyt sceptyczny, zbyt uparty, zbyt przywiązany do swoich przyzwyczajeń oraz zbyt zainteresowany normalnością, bezpieczeństwem i dobrobytem.
W tym miejscu staje się widoczne prawdziwe pęknięcie kulturowe niemieckiego społeczeństwa. Niemieckie elity nie ufają już nie tylko konkretnym stanowiskom politycznym, ale samemu zwyczajnemu życiu, co stanowi diagnozę szczególnie druzgocącą. Pragnienie normalności, taniej energii, granic, bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej, ciągłości kulturowej, a krótko mówiąc pragnienie, by państwo było najpierw zobowiązane wobec swoich własnych obywateli, w górnych warstwach społeczeństwa uważa się za podejrzane, nieprzyjemnie banalne i moralnie zacofane.
Powstała paradoksalna sytuacja, w której im bardziej oczywiste są funkcjonalne porażki państwa, tym głośniejsza staje się moralna autocelebracja jego przedstawicieli. Im słabsza staje się substancja kraju, tym bardziej krzykliwe są deklaracje dotyczące postawy, różnorodności, transformacji oraz odpowiedzialności, z prezydentem federalnym na szczycie hierarchii prowadzącym ten chór samochwalstwa. Polityka, która oddaje się historycznemu kaznodziejstwu, jednocześnie zawodzi w kwestii dworców kolejowych, granic, szkół, sieci energetycznej, mieszkalnictwa, Bundeswehry, administracji publicznej oraz bezpieczeństwa wewnętrznego.
Kto wierzy, że stoi po właściwej stronie historii, przestaje odpowiadać przed teraźniejszością i zastępuje analizę przekonaniem, wyniki intencjami, a rzeczywistość narracją. Z takiej postawy wynika mieszanka hipermoralizmu i niewydolności państwa, która charakteryzuje dzisiejsze Niemcy w sposób systemowy. Politycy mówią o człowieczeństwie, a tracą kontrolę nad migracją, mówią o odpowiedzialności, a niszczą fundamenty energetyczne przemysłu, paplają o otwartości na świat, a żądają tolerowania degradacji przestrzeni publicznych.
Sytuacja ta wynika z głębszej logiki funkcjonowania niemieckiego systemu władzy. Ci, którzy rządzą dziś Republiką Federalną, przyzwyczaili się do czerpania legitymacji nie z wyników swojej pracy, lecz z moralnego wywyższania się ponad pozostałych obywateli. Każdy, kto zgłasza sprzeciw, nie jest traktowany jak przeciwnik, lecz jak zakłócenie, a każdy, kto wskazuje na granice tego, co społeczeństwo jest w stanie znieść, nie jest traktowany jak realista, lecz jak przypadek podejrzany. Każdy, kto odwołuje się do narodu, dziedzictwa kulturowego, suwerenności czy własnego interesu, nie jest sprawdzany argumentacyjnie, lecz rytualnie delegitymizowany.
CYNICZNYM OKIEM: Politycy zajmują się zbawianiem świata, bo zarządzanie własnym krajem jest dla nich poniżej godności. Łatwiej moralizować z mównicy niż naprawić sieć energetyczną.
Mieszczańscy dysydenci i konieczność restartu
Opozycja w dzisiejszych Niemczech nie jest w swej istocie po prostu kolejną partią wśród wielu innych ugrupowań politycznych. Jest ona, pomijając jej wewnętrzne trudności i zewnętrzne ataki na nią, politycznym wyrazem przetrwałego w tym kraju sposobu myślenia, czyli przetrwałego realizmu, woli samostanowienia i poczucia rzeczywistości. Stanowi formę, w której Niemcy wciąż artykułują się politycznie, te Niemcy, które nie chcą jeszcze pozwolić na oddzielenie się od swojej historii, tożsamości kulturowej, racjonalności przemysłowej oraz roszczenia do normalności państwa. Autorzy tego stanowiska określają to wprost, deklarując: „tak, jesteśmy mieszczańskimi dysydentami„.
To również wyjaśnia furiacki stan umysłu establishmentu wobec głosów krytycznych. Nie zwalcza się dysydentów tak zaciekle dlatego, że są nieistotni, lecz dlatego, że dotykają punktu, który rządzący kartel musi za wszelką cenę ukryć. Chodzi o fakt, że upadek nie jest przeznaczeniem, lecz jest politycznie zaprojektowany, że kryzys nie pochodzi od wyborców, lecz od klas przywódczych, i że prawdziwy skandal nie leży w proteście, lecz w konieczności tego protestu, w samej konieczności sprzeciwu wobec wyczerpanego modelu.
To, co wyczerpało się w Niemczech, to nie tylko rząd czy koalicja, lecz cały styl rządzenia jako taki. Jest to styl, który rozmywa wszelkie granice, zarządza wszystkim naraz, relatywizuje każdą więź i sankcjonuje każde odstępstwo. Model ten traktuje narodową asertywność jako nieprzyzwoitą, a nadgorliwość państwa jako postępową, podporządkowując racjonalność ekonomiczną klimatowi, klarowność prawną fałszywej moralności, kulturowy szacunek pedagogice winy, a demokratyczną równość politycznemu kordonowi sanitarnemu. Model ten nie ma już żadnej odpowiedzi na rzeczywistość poza nakładaniem dalszych wymagań na rządzonych obywateli i ostatecznie nie ma przyszłości.
Niemcy potrzebują zatem nie tylko zmiany polityki, lecz mentalnego restartu, czyli powrotu do punktu wyjścia, aby prawdziwy reset stał się możliwy. Każda odnowa zaczyna się od resetu, nie od wielkich programów, lecz od ponownego odkrycia tego, co rzeczywiste. Kraj musi na nowo wiedzieć, kim jest, zanim zdecyduje, dokąd chce iść, oraz musi przestać gardzić sobą moralnie, zanim znów stanie się politycznie zdolny do działania. Na tym polega prawdziwe zadanie stojące przed niemieckim społeczeństwem w obecnym momencie historycznym.
Niemcy muszą uwolnić się od swoich wyczerpanych elit nie tylko pod względem personalnym, ale także mentalnym oraz duchowym. Trzeba pamiętać, że celem państwa nie jest zbawianie świata, lecz ochrona własnej wspólnoty politycznej, oraz że naród, który traci wolę samostanowienia, w końcu straci również zdolność do wolności. Niemiecki reset nie przyjdzie z centrów dzisiejszych operacji, ani z aparatów partyjnych, ani z redakcji, ani z komitetów klasy ślepej na własne porażki i szukającej schronienia w wyniosłych pojęciach moralnej wyższości.
Reset i restart mogą przyjść tylko z tych miejsc, gdzie poczucie rzeczywistości kraju wciąż pozostaje nienaruszone, gdzie upadek nie jest celebrowany jako transformacja, gdzie normalność nie jest odrzucana jako reakcyjna, i gdzie Niemcy nie są postrzegane jako problem, lecz jako zadanie. Pytanie nie brzmi zatem, czy ten kraj potrzebuje przełomu, lecz czy ten przełom zostanie zorganizowany politycznie na czas, czy też Niemcy muszą najpierw przejść jeszcze głębiej przez strefy wyczerpania swoich starych elit. W tej sytuacji opozycja nie jest jedynie partią opozycyjną, lecz jedyną siłą polityczną, która rozumie konieczny przełom nie jako załamanie wymagające zarządzania, lecz jako warunek wstępny odnowy. Ktokolwiek naprawdę chce zrestartować Niemcy, musi najpierw mieć odwagę przestać traktować niedolę elit tego kraju jako jego przeznaczenie, ponieważ to, co zostało uczynione przez ludzi, może zostać przez ludzi odwrócone.



