Gdy Simon Wakter, doradca polityczny szwedzkiego ministra energii, opublikował w ubiegłą środę na platformie X lakoniczny wpis o treści „Wow, niesamowity artykuł” z emotikonem oklasków, uchwycił szok, jaki przetoczył się przez europejskie kręgi komentatorów energetycznych. Adresatem jego braw nie był żaden niszowy sceptyk, lecz sama niemiecka minister gospodarki i energii, Katherina Reiche. W gościnnym felietonie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Reiche wydała werdykt, który jeszcze rok temu byłby kończącą karierę herezją: „Jeden fakt był zbyt długo ukrywany: transformacja energetyczna, która ignoruje koszty systemowe, zrujnuje kraj, który rzekomo ma ratować”. Dla każdego, kto obserwował niemiecką Energiewende, czyli totemiczny eksperyment dekarbonizacji na rozkaz, rozwijający się niczym katastrofa kolejowa w zwolnionym tempie, słowa minister uderzają jak grom z jasnego nieba, a co istotniejsze, padają z samego serca establishmentu.
Oto wysoka rangą minister z ramienia CDU w rządzie kanclerza Friedricha Merza otwarcie przyznaje, że dwie dekady inspirowanych przez Zielonych fantazji obarczyły przemysłową potęgę kontynentu ukrytymi kosztami, które według cytowanych przez nią szacunków wynoszą obecnie 36 miliardów euro rocznie i zmierzają w stronę 90 miliardów euro. Rozbudowa sieci, zasilanie awaryjne dla niestabilnej energii wiatrowej i słonecznej oraz czysta nieefektywność próby opierania nowoczesnej gospodarki na pogodzie, wszystko to, jak twierdzi, musi przestać być usuwane z oficjalnej narracji. Ostrzega, że czas samooszukiwania się dobiegł końca.

Pęknięcie w ideologicznym gmachu
Nie jest to wyłącznie technokratyczne majsterkowanie. To pierwsze poważne publiczne pęknięcie w ideologicznej konstrukcji, która dominowała w niemieckiej, a tym samym europejskiej, polityce energetycznej, odkąd antynuklearne pokolenie „bitników z 68 roku” przejęło kulturalną dominację. Rupert Darwall opisał to zjawisko w książce „Green Tyranny”, pokazując, jak garstka niemieckich Zielonych, uosabiana przez Joschkę Fischera zaprzysiężonego w 1985 roku w tenisówkach na ministra środowiska Hesji, wyeksportowała swoją specyficzną czerwono-zieloną mieszankę antykapitalistycznej gorliwości i romantycznego ekologizmu na cały kontynent.
Ewangelia ta znalazła podatny grunt w świecie anglojęzycznym. Latem 1988 roku naukowiec z NASA, James Hansen, złożył przed Kongresem USA osławione zeznania, deklarując, że efekt cieplarniany został wykryty i już zmienia klimat. Moment był teatralny, nauka wątpliwa, a efekt polityczny piorunujący.
Idea połączyła się z wątkami krążącymi już wśród zachodnich intelektualistów: „Bombą populacyjną” Paula Ehrlicha z 1968 roku, prorokującą masowy głód, który nigdy nie nadszedł, „Milczącą wiosną” Rachel Carson z 1962 roku, która zapoczątkowała nowoczesny ruch ekologiczny na bazie przesadzonych twierdzeń o DDT, oraz manifestem E.F. Schumachera „Małe jest piękne” z 1973 roku, głoszącym ograniczanie ludzkich potrzeb zamiast podnoszenia standardów życia. Wielki ekonomista z Chicago, Frank Knight, przypominał, że postęp gospodarczy nie polega na tłumieniu pragnień ani nawet na ich nasycaniu, lecz na ich „coraz większym udoskonalaniu i mnożeniu”, a to stanowi bezpośrednią antytezę apelu Schumachera o ascetyczną wstrzemięźliwość jako cnotę duchową.
CYNICZNYM OKIEM: Najłatwiej sprzedaje się biedę, gdy sprzedawca mieszka w willi z pompą ciepła i panelami słonecznymi za publiczne dotacje. Apostołowie wyrzeczeń nigdy nie wyrzekają się pierwsi.
Europejska klątwa środowiskowej mizantropii rozprzestrzeniła się wśród młodej inteligencji miejskiej krajów rozwijających się poprzez programy nauczania, media masowe i studentów kształconych na postępowych uniwersytetach Zachodu. Szerzenie zielonej ewangelii entuzjastycznie wspierały lewicowe fundacje miliarderów, które wyhodowały tysiące „oddolnych organizacji pozarządowych” w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Te tak zwane oddolne organizacje były poręcznym narzędziem do zapewnienia moralnej przykrywki dla branży energii odnawialnej, szukającej korzyści z publicznej kasy.
W krajach rozwijających się powstały lokalne koalicje typu „Bimbrownicy i Baptyści”, czerpiące obopólne korzyści z europejskiego kolonializmu węglowego. Dopełnieniem były zawłaszczone instytucje, takie jak Bank Światowy, Azjatycki Bank Rozwoju i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, które narzuciły ograniczenia dotyczące paliw kopalnych jako warunek pomocy i finansowania publicznego dla biedniejszych rządów afrykańskich i azjatyckich. U korzeni tego wszystkiego leżał długoletni romans Europy z „szlachetnym dzikusem” Jeana-Jacques’a Rousseau, czyli fantazja, że prosty, niskoenergetyczny styl życia rdzennych mieszkańców Tahiti reprezentuje czystszą egzystencję niż sztuczność cywilizacji przemysłowej.
Wolter, Rousseau i kult natury
Gdy Wolter otrzymał egzemplarz książki Rousseau „Umowa społeczna”, odpowiedział autorowi słowami, które warto przywołać w całości.
„Otrzymałem pańską nową książkę przeciwko rodzajowi ludzkiemu i dziękuję za nią. Nigdy nie użyto tak wielkiej inteligencji w celu uczynienia nas wszystkich głupimi. Czytając pańską książkę, człowiek ma ochotę chodzić na czworakach. Ponieważ jednak straciłem ten nawyk ponad 60 lat temu, czuję z nieszczęściem niemożność powrotu do niego”.
Być może niemiecka inteligencja nigdy nie dostrzegła ostrza tej pogardliwej odpowiedzi Woltera na romans Rousseau z wyspiarzami Pacyfiku. To, co zaczęło się jako niemiecka poza na użytek wewnętrzny, przerodziło się w ogólnounijną dogmę wraz z brzemienną w skutki decyzją Angeli Merkel z 2011 roku o zamknięciu krajowych elektrowni jądrowych po incydencie w Fukushimie w Japonii. Rezultaty były tak przewidywalne, jak katastrofalne.
Niemcy, niegdyś budzące zazdrość świata pod względem inżynieryjnym, teraz importują energię elektryczną, gdy wiatr nie wieje, a słońce nie świeci. Zniszczyły swój przemysł jądrowy, 20 gigawatów niezawodnej, niskoemisyjnej mocy podstawowej, tylko po to, by patrzeć, jak elektrownie węglowe, w tym te na brudny węgiel brunatny, wracają do łask. Fritz Vahrenholt, jeden z niewielu utytułowanych niemieckich głosów konsekwentnie odmawiających picia „napoju Gaja”, wskazał w zeszłotygodniowym wywiadzie, że kraj posiada krajowe rezerwy gazu wystarczające na 25 lat bezpiecznych dostaw.
Mimo to rząd odmawia ich eksploatacji, sparaliżowany tym, co Vahrenholt nazywa „niemiecką chorobą” kultu natury. Zamknięcie Cieśniny Ormuz przez irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej w marcu 2026 roku zadało jedynie ostateczny cios pacjentowi w stanie terminalnym. Ogłoszenie przez Katar siły wyższej w odniesieniu do transportów skroplonego gazu ziemnego usunęło z rynku niemal 20 procent globalnych dostaw z dnia na dzień.
Europejskie ceny gazu gwałtownie wzrosły, a za nimi ceny energii elektrycznej, gdy niemieckie poziomy magazynowe drastycznie spadły. Nagle ta sama klasa polityczna, która spędziła lata na pouczaniu wyborców o moralnym imperatywie Zera Netto, zaczęła po cichu odkurzać wygaszone elektrownie na węgiel brunatny, wcześniej przeznaczone do zamknięcia. Analitycy nazywają to widowisko „renesansem węgla”.
Solenna obietnica poprzedniego rządu dotycząca wycofania się z węgla do 2030 roku brzmi teraz jak kiepski żart opowiedziany kosztem niemieckich gospodarstw domowych i producentów. Serwis TechTimes opisał skalę odwrotu na swoim profilu na Facebooku.
„W ruchu podkreślającym poważne obciążenie ekonomiczne wynikające z konfliktu na Bliskim Wschodzie, niemiecki rząd rzekomo rozważa renesans węgla, aby zapobiec całkowitemu załamaniu energetycznemu. Choć Niemcy od lat dążyły do wycofania węgla do 2030 roku, obecny kryzys energetyczny wymusił zwrot w kierunku bezpieczeństwa energetycznego kosztem celów klimatycznych. Raporty wskazują, że kilka bloków na węgiel brunatny, wcześniej utrzymywanych w rezerwie bezpieczeństwa, może wrócić do pełnej eksploatacji rynkowej”.
Bunt wyborców i powrót realizmu
Liderka konserwatystów Alice Weidel, płynąca na fali popularności partii AfD, która zajmuje obecnie drugie miejsce po rządzącej koalicji CDU/CSU, wprost stwierdziła, że pod rządami jej formacji ruch Zera Netto zostanie odrzucony. Jej słowa oddają nastrój części niemieckiego elektoratu.
„Musimy również ogłosić koniec kryzysu klimatycznego. Cała ta sprawa jest, jak to ładnie ujął amerykański prezydent, oszustwem, to kompletny szwindel. Musimy natychmiast zakończyć nieudaną Energiewende. Musimy również natychmiast ograniczyć i wyeliminować marnotrawstwo zasobów oraz dotacje na tak zwane energie odnawialne”.
Minister Reiche nie jest osamotniona w swojej pozornej „przemianie w drodze do Damaszku”. Kanclerz Merz wielokrotnie nazywał zamknięcie elektrowni jądrowych w 2023 roku „poważnym błędem strategicznym”, który naraził Niemcy na szoki importowe i deindustrializację. Nawet przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, arcykapłanka Zielonego Ładu, stanęła 10 marca na szczycie nuklearnym w Paryżu i wyznała, że „ograniczenie europejskiego sektora jądrowego było błędem strategicznym”.
Przyznała w efekcie, że niezawodna, przystępna cenowo i niskoemisyjna energia została złożona w ofierze na ołtarzu ideologii, o 15 lat za późno dla niemieckich zakładów energetycznych, które zdążyły już zostać zmuszone do upadłości lub przejścia w ręce zagraniczne. Te „nawrócenia na łożu śmierci” nie mogą jednak ukryć głębszej prawdy. Cały czerwono-zielony projekt od zawsze był triumfem myślenia życzeniowego nad realiami inżynieryjnymi.
Karna polityka klimatyczna Zachodu, nałożona na samobójcze sankcje energetyczne na Rosję, zadziałała jak bumerang z niesamowitą precyzją. Całe sektory niemieckiego przemysłu przeniosły się do jurysdykcji nieobciążonych klimatycznym kompleksem przemysłowym. Energochłonne branże, które niegdyś napędzały Mittelstand, czyli klasę średnią biznesu, teraz patrzą w stronę wyjścia, podczas gdy gospodarstwa domowe zmagają się z cenami prądu należącymi do najwyższych w świecie rozwiniętym.
Po niedawnych wyborach w Badenii-Wirtembergii poirytowany komentator posługujący się pseudonimem Eugyppius zauważył, że „głupi ludzie w Badenii-Wirtembergii dają masowe zwycięstwo wyborcze Zielonym, aby ci mogli dalej składać ich przemysł w ofierze bogom pogody”. Dla niemieckich Zielonych i ich socjalistycznych sojuszników „głupimi ludźmi” są oczywiście przedstawiciele klasy robotniczej i średniej, nazywani „negacjonistami klimatycznymi”. Nieważne, że są to realiści w kwestii kosztów życia, którzy zauważają, gdy ich rachunki za ogrzewanie rosną trzykrotnie, gdy niemiecki przemysł traci miejsca pracy, a ci sami politycy, którzy głosili ubóstwo energetyczne jako cnotę, pędzą uruchamiać najbrudniejsze elektrownie węglowe, by zapobiec wyłączeniom prądu.
Liczby w sondażach opowiadają tę historię z bezlitosną jasnością. Alternatywa dla Niemiec regularnie uzyskuje 25-27 procent w skali kraju, wyprzedzając lub zrównując się z CDU/CSU w kilku badaniach. W zachodnich landach, długo uważanych za odporne na jej przekaz, AfD podwoiła swoje udziały w głosach w Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie.
Wkracza „skrajna prawica”
Jej program nie mógłby być bardziej klarowny: antropogeniczna zmiana klimatu to „szwindel”, a cały aparat Zera Netto to narzędzie niszczenia przemysłu i suwerenności. To nie są szeptane plotki na marginesie, lecz wyraźne odrzucenie Energiewende, do którego teraz skłania się sama Reiche. Wzór powtarza się w całej Europie.
We Francji Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen prowadzi w sondażach prezydenckich, określając zieloną transformację jako „ultraekologiczny fanatyzm”, który karze rolników i kierowców, wzbogacając jednocześnie elitę z Davos. Brytyjskie Reform UK pod wodzą Nigela Farage’a wyśmiewa Zero Netto jako „Netto głupie Zero” i rośnie w siłę dzięki obietnicom eksploatacji krajowych zasobów. Giorgia Meloni we Włoszech, choć bardziej powściągliwa u władzy, ma niewiele cierpliwości do brukselskich nakazów ekologicznych i po cichu stawia bezpieczeństwo energetyczne ponad cele emisyjne.
Nawet część brytyjskich Konserwatystów, niegdyś owładniętych tymi samymi złudzeniami, zaczęła wycofywać się z harmonogramów grożących bankructwem gospodarstw domowych. Tym, co łączy te ruchy, nie jest fakt, że prowadzą je „skrajnie prawicowi” ekstremiści, jak histerycznie twierdzi prasa głównego nurtu, lecz proste uznanie, że ideologia zderzyła się z fizyką i ekonomią. Niemieckie gospodarstwa domowe, te niezaliczające się do młodych miejskich Zielonych przesiąkniętych dogmatami głębokiej ekologii, mają po prostu dość.
Patrzyły, jak ich kraj niszczy flotę nuklearną, dotuje niestabilne odnawialne źródła energii kwotą setek miliardów euro, a następnie błaga Katar i Stany Zjednoczone o skroplony gaz ziemny, po cichu ponownie otwierając kopalnie węgla. Te same elity, które narzuciły te koszty, wyrażają teraz szok, że wyborcy zwracają się ku partiom obiecującym ulgę. Wstrząs w Cieśninie Ormuz jedynie przyspieszył rozliczenie, które i tak było nieuniknione.
CYNICZNYM OKIEM: Najpierw sprzedaje się społeczeństwu ubóstwo energetyczne jako cnotę, a potem udaje zdziwienie, że zmarznięci wyborcy głosują na tych, którzy obiecują ciepłe kaloryfery. Fizyki nie da się przegłosować w Bundestagu.
Zamieszki i protesty w Irlandii z powodu kosztów życia napędzanych cenami energii oferują ponury przedsmak tego, co dzieje się, gdy rządy odmawiają przyznania się do swojej roli w wywołaniu kryzysu. Dublin po cichu się wycofuje, nigdy nie przyznając się do błędów politycznych, które sprawiły, że ubóstwo energetyczne stało się nieuchronne. Berlin, Paryż i Bruksela uprawiają te same akrobacje, czyli wycofują się z karnych środków proekologicznych, udając, że pierwotna strategia była słuszna.
Historyczne rozliczenie
Działa tu jednak szerszy łuk historyczny. Przejęcie polityki energetycznej przez niemieckich Zielonych nigdy tak naprawdę nie dotyczyło klimatu. Chodziło o władzę, kulturową, polityczną i ekonomiczną.
Reprezentowało to ostateczne zwycięstwo światopoglądu po 1968 roku, który utożsamiał cywilizację przemysłową z grzechem pierworodnym. Kraje BRICS i Globalne Południe nie mają zamiaru poświęcać rozwoju na ołtarzu zachodniego poczucia winy. Chiny budują elektrownie węglowe i reaktory jądrowe z jednakowym entuzjazmem, a Indie odmawiają przeprosin za używanie własnego węgla.
Tylko w Europie decydenci przekonali samych siebie, że manifestowanie cnoty może zastąpić waty. Objawienie Reiche, choć częściowe, jest zatem mile widziane. Podobnie jak spóźnione przyznanie racji przez Merza i von der Leyen. Retoryczne korekty nie wystarczą.
Niemcy muszą zmierzyć się z pełnym kosztem swojego ideologicznego zboczenia z trasy, czyli utraconą mocą jądrową, bezużytecznymi aktywami, pustoszeniem przemysłu i polaryzacją polityczną, która dała AfD najsilniejszą kartę od czasu jej założenia. Pytanie brzmi, czy establishment posiada odwagę, by podążyć tam, gdzie prowadzi podstawowa ekonomia i zdrowy rozsądek. Chodzi o pragmatyczny miks energetyczny, który obejmuje odrodzenie energetyki jądrowej tam, gdzie jest to możliwe, krajowe zasoby kopalne tam, gdzie to konieczne, oraz koniec rujnujących dotacji, które wzbogaciły poszukiwaczy renty w sektorze odnawialnym, ubożąc jednocześnie obywateli.
Piętnaście lat po nuklearnej panice Merkel i dekady po tym, jak Zieloni po raz pierwszy przeniknęli do korytarzy władzy, rzeczywistość upomina się o swoje z zimną logiką fizyki i rynków. Gorączkowy sen o utopii zależnej od pogody rozwiewa się pod presją powtarzających się wyłączeń prądu, skoków cen, a także buntu wyborców. To, co nastąpi potem, będzie, miejmy nadzieję, powrotem do czegoś bardziej uczciwego, czyli polityki energetycznej opartej na inżynierii, a nie na eschatologii.
Dla kraju, który niegdyś szczycił się Sachlichkeit, czyli rzeczowością i realizmem, to przebudzenie nie może nadejść zbyt wcześnie. Alternatywą nie jest zbawienie klimatu, lecz upadek narodowy. Niemcy, a wraz z nimi Europa, stoją na progu, a pozostaje tylko pytanie, czy ich przywódcy przekroczą go, zanim światła zgasną na dobre.



