Niemcy pozwalają sobie na rozbudowaną biurokrację państwową, która działa niczym sztuczny rynek pracy ulokowany ponad sektorem prywatnym. Ucieczka setek tysięcy obywateli pod skrzydła państwa idzie w parze z kurczącą się liczbą samozatrudnionych, a decydenci polityczni aktywnie wspierają ten kierunek. Według ankiety Bertelsmanna około 40 procent Niemców w wieku od 15 do 25 lat potrafi wyobrazić sobie założenie własnej firmy, co w kraju, gdzie młodzi nierzadko wskazują jako cel zawodowy zasiłek Hartz IV lub posadę w sektorze publicznym, brzmi zaskakująco optymistycznie. Wątpliwe jest jednak, czy ten tlący się żar przedsiębiorczości wystarczy, by wywołać prawdziwy boom założycielski w kraju transformacji klimatycznej i głęboko zakorzenionej wiary w państwo.
W kręgach przywódczych Republiki Berlińskiej ideał wolnej przedsiębiorczości zderza się z kulturowo-politycznym marazmem etatyzmu. Działanie przedsiębiorcze, wolna decyzja o alokacji kapitału, niesie ze sobą potencjał konfliktu w klimacie maniakalnie wymuszanej eko-transformacji. Próbując przekształcić istniejący ład gospodarczy w system sterowanej przez państwo produkcji energii i centralnie kierowanej wydajności przemysłowej, decydenci spychają rosnącą liczbę średnich przedsiębiorstw albo w stronę niewypłacalności, albo bezpośrednio za granicę. Za przekazanie gospodarczych klejnotów koronnych, takich jak energetyka jądrowa czy produkcja samochodów, ideologicznym fanatykom trzeba zapłacić określoną cenę.
CYNICZNYM OKIEM: W Niemczech łatwiej zostać aktywistą przyklejonym do jezdni niż przedsiębiorcą. Pierwszy dostaje grant, drugi mandat, trzeci wezwanie z urzędu skarbowego.
Mount Everest dotacji i kurczący się rynek
Furia socjalistycznego „kartelu kordonu sanitarnego” kieruje się również przeciwko przedsiębiorcom, którzy pełnią rolę cichej bariery przeciwko barbarzyństwu socjalizmu. Politykom zbyt łatwo przychodzi odwracanie uwagi od własnych porażek za pomocą debat o zawiści, urazach oraz instrumentów takich jak podatki od spadków czy majątku. Świeżym przykładem są żenujące ataki na przedsiębiorców ze strony minister pracy i ministra finansów sprzed kilku tygodni, które potwierdzają, że klimat fiskalny ani społeczny nie sprzyja prowadzeniu działalności.
Skutki widać w skompresowanych dochodach realnych obywateli, którzy zmagają się ze zniekształconym rynkiem pracy, rosnącą inflacją oraz postępującą migracją biedy. Ekonomista Lars Feld oszacował łączną wartość dotacji w ubiegłym roku na 321 miliardów euro, co odpowiada siedmiu procentom całej produkcji gospodarczej kraju. To Mount Everest pieniędzy aktywnie tropionych przez wątpliwych przedsiębiorców dotacyjnych, którzy w ten sposób pomagają budować machinę redystrybucji zielonej transformacji.
Liczby pokazują skalę odwrotu od ryzyka rynkowego z bezwzględną precyzją. W 2000 roku w Niemczech samozatrudnionych było 4,1 miliona osób, w zeszłym roku już tylko 3,6 miliona wolnych strzelców, kupców, handlowców i innych niezależnych pracowników zarabiało na życie na własne ryzyko. Wraz z odwrotem przedsiębiorczości słabnie również siła innowacyjna kraju, a przełomowe pomysły szukają kapitału wysokiego ryzyka gdzie indziej.
Biurokracja, NGO i pasożytnicze finansowanie
Sektor publiczny wchłania znaczną część tych, którzy opuszczają gospodarkę prywatną. Od przełomu tysiącleci liczba pracowników sektora publicznego wzrosła z 4,5 do 5,5 miliona, co stanowi wzrost o ponad 20 procent pomimo rewolucji cyfrowej, która powinna umożliwić automatyzację powtarzalnych zadań administracyjnych. Samo państwo stworzyło 205 000 nowych miejsc pracy w sektorze publicznym tylko w zeszłym roku.
Biurokracja nie generuje żadnej wartości ekonomicznej, a nic, co zostało wymyślone przez regulatorów i urzędników od dokumentacji, nigdy nie przetrwało na wolnym rynku. Przeszkody biurokratyczne, nowe daniny, groteskowe regulacje wypluwane mechanicznie przez nadmiernie zbiurokratyzowany aparat państwowy oraz nakładające się warstwy administracji krajowej i europejskiej wysysają rzadkie zasoby z produktywnych sektorów społeczeństwa. To błędne koło, które może zostać przerwane jedynie przez radykalną reformę państwa, w tym ograniczenie biurokracji o co najmniej połowę jej katastrofalnych wytworów.
Równie wymowny jest rozrost trzeciego sektora. Zatrudnienie w sektorze organizacji pozarządowych wzrosło z 2 milionów na przełomie tysiącleci do 3,5 miliona dzisiaj. To szczególnie tragiczny rozwój wypadków, gdyż produktywna klasa średnia jest często zmuszana, poprzez mechanizmy fiskalne, do finansowania własnych pasożytniczych antagonistów. Szczytem była trwająca farsa aktywistów klimatycznych przyklejających się do dróg wraz z histerycznym ruchem Fridays for Future, którego konwulsje pozostawiły obywateli bez słowa.

CYNICZNYM OKIEM: Klasa średnia zarabia, państwo zabiera, NGO wydaje, a aktywista przykleja się do asfaltu i nazywa to misją. Wszyscy zadowoleni, oprócz tego, kto płaci rachunek.
Owe 3,5 miliona ludzi, w większości ulokowanych w nieproduktywnej działalności ekstraktywnej, utrzymuje swoją egzystencję ekonomiczną poprzez kierowanie ciężko zarobionych pieniędzy pracowników i przedsiębiorców do własnych, bezużytecznych organizacji. Jest to całkowite zaprzeczenie społeczeństwa rynkowego, w którego centrum powinien stać innowacyjny przedsiębiorca jako silnik postępu i stabilności społecznej, kierujący się etyką opartą na dążeniu do uznania i godności.




Rozpoczęcie działalności gospodarczej na studiach było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.Masa porażek i jeszcze więcej nauki przeplatanej łzami.Polecam.Jeśli chcesz mieć większe pojęcie o marketingu i biznesie,niż profesor na (pożal się Boże) marketingu i zarządzaniu,który nigdy nie założył żadnego biznesu przynoszącego dochody, to trzymam kciuki.
Siema!
Zdecydowanie, nie ma to jak praktyka życia. Porażki to cenne informacje 🙂