Jeden wskaźnik potrafi powiedzieć więcej niż tomy analiz. Federalny Urząd Statystyczny opublikował dane, które powinny wstrząsnąć opinią publiczną: wskaźnik tworzenia kapitału netto w Niemczech osiągnął minus 0,23% PKB – najgorszy wynik od chaosu roku zjednoczenia w 1990. Amortyzacja przewyższa inwestycje nominalne. Niemcy nie tylko przestały budować przyszłość – zaczęły konsumować teraźniejszość. Powoli, ale nieuchronnie, światła gasną.
Liczba ta nie jest abstrakcją. Oznacza, że infrastruktura, zasoby budowlane i kapitał przemysłowy erodują szybciej, niż są odtwarzane. Gospodarka niezdolna do rynkowego i konkurencyjnego odnawiania swojego kapitału nieuchronnie zostaje w tyle. A za tym idą konkretne konsekwencje: ubożenie obywateli i realne ryzyko poważnych wstrząsów społecznych.
Ucieczka kapitału i demontaż przemysłu
Sektor prywatny głosuje nogami. W 2024 roku z Niemiec wycofano ponad 60 miliardów euro bezpośrednich inwestycji netto – choć jeszcze niedawno ta liczba sięgała 120 miliardów. Powszechna powściągliwość inwestycyjna obejmuje wszystkie sektory – budowę maszyn, motoryzację, chemię. Firmy nie ograniczają planów ekspansji; one po prostu przenoszą inwestycje za granicę. To nie jest cykl koniunkturalny, to strukturalna migracja kapitału.
Od 2018 roku niemiecki sektor przemysłowy stracił około jednej piątej swojego wolumenu produkcji. Nazywanie tego normalną recesją byłoby eufemizmem – to upadek na ostatnie miejsce w tabeli, po którym może nastąpić natychmiastowa niewypłacalność podmiotu. Branża gastronomiczna, która jest czułym barometrem siły nabywczej gospodarstw domowych, straciła w zeszłym roku około czterech procent realnego obrotu, a bieżący rok zaczęła o co najmniej dwa do trzech procent słabiej. Gospodarstwa domowe trzymają się swoich pieniędzy – i robią to w pełni racjonalnie.
CYNICZNYM OKIEM: Niemcy przez dekady eksportowały auta i morały całemu światu, a teraz eksportują głównie kapitał i miejsca pracy. Transformacja kompletna – tyle że nie ta, o którą chodziło.
Do tego dochodzi wywołany na własne życzenie kryzys energetyczny, który eskaluje w świadomości publicznej m.in. za sprawą sytuacji w Cieśninie Ormuz. Szok jest widoczny – nie wystarczył jednak do politycznej korekty kursu przy urnach wyborczych. Wyborcy w Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie dali temu wyraz w sposób, który nie pozostawia złudzeń co do dominującego w społeczeństwie nastroju.
Etatyzm jako religia państwowa
Źródłem problemu jest głęboko zakorzeniona mentalność, którą pielęgnowano w Niemczech od czasów zjednoczenia. Dla większości Niemców państwo nie jest przyczyną problemów – jest ich ostatecznym rozwiązaniem. Ta wiara jest wzmacniana przez system edukacji, media sprzyjające państwu i stały ostrzał ze strony zielono-socjalistycznych organizacji pozarządowych. To metapolityczne kotwicowisko, którego – jak się okazuje – nie da się łatwo wyrwać.
Efekt „wypierania” (crowding-out) jest widoczny wszędzie. Zaangażowanie sektora prywatnego jest systematycznie wypierane przez kompleks organizacji pozarządowych, przedsiębiorców żyjących z zielonych dotacji i łowców zachęt, którzy nie oferują rynkowi realnych produktów ani usług, za to wykazują niezwykłą biegłość w eksploatowaniu publicznych funduszy. Wolny sektor prywatny pakuje walizki – a jego miejsce zajmują podmioty, których istnienie zależy od państwowej kroplówki.
Receptą kanclerza Friedricha Merza i jego koalicji jest więcej tego samego: więcej interwencji państwa, więcej regulacji, wyższe podatki dla bogatych, mocniejsze przykręcanie śruby spadkobiercom. Za kryzys energetyczny obwinia się Donalda Trumpa i Władimira Putina. Te narracje są społecznie ciepłe, rezonują z wyborcami i są przepełnione urazą – co sprawia, że są politycznie skuteczne, choć gospodarczo destrukcyjne.
CYNICZNYM OKIEM: Najwygodniejszą diagnozą jest zawsze ta, która wskazuje winnego za granicą. Berlin opanował tę sztukę do perfekcji – Putin i Trump to poręczni kozłowie ofiarne, którzy pozwalają uniknąć spojrzenia w lustro.
Pseudoekonomiczni komentatorzy, tacy jak Marcel Fratzscher z Niemieckiego Instytutu Badań Gospodarczych (DIW), dostarczają intelektualnej legitymizacji dla etatystycznej ortodoksji. Wiszą jak marionetki na sznurkach instytucji państwowych i nie mają żadnego ekonomicznego bodźca, by stanąć po stronie odmiennych poglądów. Gloryfikowane przez nich „rozwiązania” sprowadzają się do prostej redystrybucji bogactwa jako remedium na strukturalny kryzys – terapii kwiatami wobec pacjenta, który potrzebuje poważnej interwencji.
Realne ryzyko jest następujące: w nadchodzących latach kryzysu społeczeństwo może coraz częściej podążać za tymi, którzy oferują bezbolesną terapię. Powrót do całkowitego socjalistycznego barbarzyństwa – jak to ujęto w analizowanym tekście – staje się coraz bardziej widocznym zagrożeniem. Wolne media i niezależna nauka stoją wobec wyzwania przeciwdziałania temu rozpadowi, choć głosów odważnie sprzeciwiających się tej tendencji jest wciąż niepokojąco mało.
Niemcy przetrwają najbliższy okres dzięki eksploatacji dotychczasowych zasobów. Konsumują własną substancję i milczą, by uniknąć konfrontacji z groźnymi faktami. Minus 0,23% PKB to nie sucha statystyka – to diagnoza choroby, której pacjent wciąż odmawia przyjąć do wiadomości.



