Niemiecka gospodarka, przez dekady postrzegana jako najstabilniejsza w Europie, doświadczyła w 2025 roku najpoważniejszej fali bankructw od dwóch dekad. Dane Leibnizańskiego Instytutu Badań Ekonomicznych w Halle (IWH) pokazują, że w minionym roku zbankrutowały 17 604 firmy, co oznacza średnio 48 upadłości dziennie.
Dla porównania – nawet w szczycie kryzysu finansowego 2009 roku liczby te były o 5 procent niższe. Najgorzej było w grudniu, gdy odnotowano 1 519 nowych wniosków o niewypłacalność, czyli o 75 procent więcej niż w latach przedpandemicznych.
CYNICZNYM OKIEM: Niemiecka precyzja dotarła nawet do kryzysu – firmy upadają z zegarmistrzowską regularnością.
Gospodarka z gorączką. Symboliczny schyłek Mittelstandu
Eksperci mówią wprost: „Niemiecka gospodarka już nie ma bólu głowy, ma gorączkę” – ostrzegł ekonomista Jonas Eckhardt z firmy doradczej Falkensteg.
Sygnały alarmowe słychać z różnych sektorów – od przemysłu motoryzacyjnego po małe przedsiębiorstwa rodzinne. Według badań Falkensteg, tylko w ubiegłym roku 471 firm o rocznych przychodach powyżej 10 milionów euro zgłosiło upadłość – to o 25 procent więcej niż rok wcześniej, a od 2021 roku liczba ta się potroiła.
Profesor Steffen Müller z IWH uspokaja, że upadłości mogą być formą „rynkowego oczyszczania”, ale przyznaje, że gospodarka nie jest gotowa na wzrostową spiralę bankructw. Najbardziej ucierpiały sektory budownictwa, nieruchomości i hotelarstwa, gdzie wysokie stopy procentowe z końca 2022 roku zamroziły inwestycje.
CYNICZNYM OKIEM: W Berlinie chcieli „zielonej transformacji przemysłu”. Dostali czarną serię upadłości.
Dla Niemiec szczególnie bolesne jest to, że fala niewypłacalności dotyczy średnich przedsiębiorstw – filaru tzw. Mittelstandu, który był podstawą eksportowej potęgi kraju.
Z analizy prasy Bild wynika, że w Saksonii padła firma produkująca kiełbasy, w Dolnej Saksonii upadła sieć piekarni Leifert (220 pracowników), a inne – jak Hansen Mürwik – dotknęły również setki pracowników.
Nawet kanclerz Friedrich Merz przyznał niedawno, że „część niemieckiej gospodarki znajduje się w stanie krytycznym.” Choć nie wskazał konkretnych branż, ekonomiści uznali jego słowa za odniesienie do przemysłu samochodowego – niegdyś dumy narodowej, dziś duszonej przez chińską konkurencję i kosztowne regulacje klimatyczne.
Europa też traci oddech
Trudności nie kończą się na granicach Niemiec. Prezydent Emmanuel Macron podczas wizyty w Pekinie próbował negocjować rebalans handlu między Chinami, a Europą, twierdząc, że „europejski przemysł stanął w obliczu momentu życia i śmierci.” Chińczycy jednak odrzucili jego postulaty, nie podpisano żadnych nowych umów handlowych, a Francja wróciła z misji bez rezultatów.
W rezultacie Europa, która przez lata krytykowała politykę protekcjonizmu Donalda Trumpa, coraz głośniej mówi o własnych cłach ochronnych – tym razem wymierzonych w Chiny.
Ale na razie, w przeciwieństwie do Pekinu, to europejskie fabryki gasną, a ich właściciele liczą dni do bankructwa.
CYNICZNYM OKIEM: Niemcy od dwóch stuleci uchodzą za fabrykę Europy. Dziś ta fabryka zaczyna przypominać zamknięty warsztat z tabliczką „Za dużo regulacji – nieczynne.”


