Kanclerz Friedrich Merz w swoim rządowym oświadczeniu z 16 października ostro skrytykował nadmierną regulację europejską, przywołując własny program redukcji biurokracji w Niemczech. Niemniej jednak, w kraju wyrastają kolejne warstwy biurokracji, a jego krytyka brzmi jak polityczny cios wymierzony w Ursulę von der Leyen, partyjną koleżankę i ikonę Komisji Europejskiej.
Merz wykazuje się mistrzowską polityczną szermierką, wykorzystując Komisję UE jako wygodny worek treningowy dla krajowych niepowodzeń. Jego apel o mniejszą liczbę reguł i więcej innowacji to właściwy kierunek, ale zabrakło konkretów i szczerości. Bruksela to gigant biurokratyczny, paraliżujący gospodarki państw członkowskich.
Teoria Merza kontra niemiecka rzeczywistość administracyjna
Pomimo apeli o cięcia, Merz sam stworzył dodatkowe ministerstwo ds. cyfryzacji – nową warstwę biurokracji. Rząd wprowadza też 500-miliardowy fundusz zadłużeniowy, który ma kosztować gospodarkę kolejne miliardy i generować 12–15 tysięcy nowych miejsc pracy w sektorze publicznym – zupełnie odwrotnie do obiecywanych redukcji.
Przeszłe doświadczenia pokazują, że każdy nowy miliard dotacji państwowych tworzy nawet 25 nowych stanowisk biurokratycznych, a tempo rozrostu administracji przyspiesza.
Krytyka Merza wobec Brukseli jak powłoka teflonowa spływa po jej strukturach, które twardo obstają przy polityce centralizacji i egzekucji rozbudowanych regulacji. Cel jest jasny – koncentrować władzę w rękach Komisji Europejskiej niezależnie od kosztów gospodarczych.
Przykładem jest regulacja rynku gazu, która za pomocą nowych limitów emisji metanu i wymogów raportowania może doprowadzić do destabilizacji europejskiego bezpieczeństwa energetycznego. Przepisy uderzają także pośrednio w partnerów spoza UE, przede wszystkim w USA, obecnego kluczowego dostawcę LNG.
CYNICZNYM OKIEM: Merz, choć krytykuje biurokrację Brukseli, sam tworzy kolejne jej warstwy w Niemczech i nadal podziela główne założenia europejskiego centralizmu. Jego walka z Ursulą von der Leyen jest niczym teatr jednego aktora, który dla poklasku wymierza ciosy w partnerów, zachowując status quo i władze systemu, który swobodnie rozrasta się kosztem obywateli.
To właśnie ten teatralny spektakl – pełen frazesów i pustych obietnic – jest największą bolączką współczesnej niemieckiej i europejskiej polityki.
Kanclerz Merz deklaruje walkę z biurokracją i potrzebę reform, ale jego działania i realia polityczne pokazują, że prawdziwe zmiany są iluzoryczne. Europa tonie w gąszczu coraz bardziej ideologicznych, kosztownych regulacji, a Niemcy, zamiast przecinać ten węzeł, dokładają kolejne biurokratyczne ogniwa.
Przyszłość europejskiej gospodarki i polityki nie będzie miała wielkiego przełomu, jeśli aktorzy tego spektaklu nie zdecydują się zejść ze sceny i przekazać miejsca prawdziwej transformacji.


