Mówi się, że podróże kształcą. Przynajmniej tych, którzy są gotowi porzucić swoją rutynę i nie bronią uparcie wywalczonego miejsca przy hotelowym basenie. W przypadku niemieckiej minister gospodarki Kathariny Reiche z CDU moment oświecenia nadszedł z zawrotną prędkością podczas wizyty w Ontario w Kanadzie. Polityk zwiedziła tam teren tak zwanego SMR, czyli małego reaktora modułowego – technologii wytwarzania energii niemal bezemisyjnej i praktycznie pozbawionej odpadów. Pod głębokim wrażeniem wysokiej wydajności tego rozwiązania, podczas konferencji energetycznej CERAWeek opowiedziała się publicznie jako nawrócona zwolenniczka energii jądrowej.
O nawykach wyjazdowych jej kolegów z gabinetu niewiele wiadomo, wydaje się jednak, że wolą oni monotonne wczasy zorganizowane od stymulujących podróży kulturowych. Kontrast trudno byłoby zarysować mocniej – bo niemal w tym samym czasie minister środowiska Carsten Schneider z SPD przedstawił kompleksowy zestaw działań mających na celu pogłębienie strategii klimatycznej. Schneider udowadnia tym samym, że można wygodnie urządzić się w symulowanej pseudorzeczywistości. Berlin mobilizuje wszelkie zasoby, aby kontynuować w przyszłości dawno zakończoną fiaskiem transformację energetyczną, a powrót do energii jądrowej nie jest częścią tego planu.
67 punktów w drodze do deindustrializacji
Zadziwiające 67 punktów składa się na rozszerzone ramy działania, które mają pomóc Niemcom osiągnąć cel redukcji emisji CO2 o 80 procent do 2030 roku. Do tego czasu Schneider musi ograniczyć emisję o dodatkowe 25 milionów ton dwutlenku węgla, aby sprostać temu, co krytycy nazywają wprost ambitnymi celami deindustrializacji.
Niemiecka polityka stała się dysfunkcyjna, konstruując ideologicznie dystopijny pseudoświat, którego wzorce bodziec-reakcja nie są już przyczynowo powiązane z otaczającym środowiskiem. Dewastujące sygnały płynące z niemieckiej gospodarki – postępujące upadłości i redukcje zatrudnienia, wyraźnie powiązane z kryzysem energetycznym i katastrofalną polityką klimatyczną – są osłaniane przed publiczną kontrolą przez polityczne membrany ochronne.
Wydaje się wręcz, jakby berliński „Klub Degrowth” aktywnie życzył sobie deindustrializacji, aby zwolnić zasoby dla własnych sieci klientelistycznych. Plan klimatyczny Schneidera precyzyjnie uzupełnia tę zieloną ideologię kontroli.
CYNICZNYM OKIEM: Niemcy nie potrzebują wrogów zewnętrznych – mają własny rząd, który z chirurgiczną precyzją demontuje gospodarkę, nazywając to ochroną klimatu. Deindustrializacja to nie efekt uboczny, to produkt finalny.
Grupy środowiskowe uważają plan za dalece niewystarczający, a ich krytyka była natychmiastowa. Frakcja Thunberg z Fridays for Future wydała się wyraźnie niezadowolona z prezentacji ministra. Jeszcze ostrzejszą krytykę wyraziła organizacja Deutsche Umwelthilfe, określana jako zawsze obecna tam, gdzie chodzi o opodatkowanie niemieckich podatników i spychanie całych branż w przepaść za pomocą armii prawników.
DUH zagroziło pozwaniem rządu do sądu, jeśli cel klimatyczny na rok 2030 nie zostanie osiągnięty. Sytuacja ta podkreśla niebezpieczne położenie Republiki Federalnej – poprzez zapisanie celu „Net-Zero” w konstytucji, partyjny kartel osadził samobójczą bombę zegarową głęboko w fundamentach państwa. Karierowicze z DUH trzymają teraz lont, używając go jako dźwigni do maksymalizacji upadku Niemiec.
Jest to zatem pole bitwy dla ekosocjalistycznego kompleksu NGO, którego parlamentarne ramię – liderka frakcji Zielonych Katharina Dröge – nazwało program klimatyczny Schneidera „bezczelnym oszustwem”. Najwyraźniej „więcej” to zawsze za mało.
Miliardy z kieszeni podatnika na zielone fantazje
Schneider zaoferował jednak koło ratunkowe firmom rozkwitającym dzięki nieskończonym dotacjom zielonej machiny. Sam wysoko dotowany sektor wiatrowy ma do 2030 roku powiększyć się o 2000 dodatkowych dużych turbin – jednoznaczne oznaki zielonego triumfu, szpecące krajobraz przy potencjalnie ogromnych stratach estetycznych.
Istniejąca infrastruktura ponad 200 000 stacji ładowania pojazdów elektrycznych ma zostać masowo rozbudowana ze środków publicznych. Dziewięć milionów prywatnych miejsc parkingowych, jak zauważa Schneider, mogłoby zostać włączonych do sieci EV. Rząd federalny przekazuje dodatkowe 8 miliardów euro ponad istniejące subsydia, w tym zachęty do zakupu 800 000 pojazdów elektrycznych – oczywiście wszystko sfinansowane przez podatników.
Wciąż za mało dla zielonych łowców dotacji? Odpowiedź brzmi prawdopodobnie: stanowcze „nie”. Ogromny zielony kompleks jest przyzwyczajony do miliardowych dotacji, a krytyka ze strony grup ekologicznych jest niemal zrozumiała – łakną oni coraz wyższych dawek.
To, że budżety publiczne gwałtownie pogarszają się w dobie recesji, nie ma dla tych kręgów żadnego znaczenia. W sercu nasyconego kompleksu NGO i przemysłu klimatycznego panuje wielki przepych – finansowany przez anonimową armię podatników, czyli dokładnie tych ludzi, których traktuje się z maksymalną pogardą.
CYNICZNYM OKIEM: Osiem miliardów euro na elektryczne samochody w kraju, który systematycznie traci przemysł mogący je wyprodukować. To jak kupowanie biletów na Titanica po zderzeniu z górą lodową – przynajmniej leżaki są wygodne.
Ignorując krytykę z własnych szeregów, Schneider broni swojego programu. Ma on rzekomo przynieść impuls dla ochrony klimatu i zmniejszyć zależność od drogiego oraz niepewnego importu ropy i gazu. Plan przewiduje roczne oszczędności rzędu siedmiu miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego i około czterech miliardów litrów benzyny.
Jeśli decydenci będą trzymać się Agendy 2030, żadne dodatkowe środki nie będą potrzebne. Paliwo, ogrzewanie i wakacje staną się dobrami luksusowymi w coraz bardziej ubożejącym społeczeństwie, a konsumpcja naturalnie spadnie. Można słusznie powiedzieć – agenda klimatyczna działa. Jest fatalna, a jednak wysoce skuteczna.
Strategia geopolityczna, ambicje ekologiczne i efektywność energetyczna łączą się w berlińskim świecie fantazji w kolejną gilotynę opadającą na niemiecką klasę średnią. Według Ministerstwa Środowiska plan służy wielu celom – ma udobruchać agresywny kompleks NGO naciskający na szybszą destrukcję przemysłu, podczas gdy Berlin naiwnie zakłada, że większość Niemców wciąż nie przejrzała politycznego kamuflażu kryjącego się za narracją o CO2.
CO2 zaoszczędzone w Niemczech natychmiast przyczyni się do brudniejszej produkcji przemysłowej gdzie indziej, jednak berliński klan klimatyczny to nie obchodzi. W krainie nieograniczonych zielonych dotacji maszyna do wyzysku pracuje na pełnych obrotach, a kanclerz mylił się, twierdząc, że cytryna została już w pełni wyciśnięta. Niemcy są dopiero na początku drogi.



