Końcówka 2025 roku przyniosła Niemcom scenę, której długo nie da się od-pamiętać. W Brukseli kanclerz Friedrich Merz dostał polityczny sygnał „stop” tak wyraźny, że nie wymagał tłumaczenia ani komentarza. Plan uderzenia w rosyjskie aktywa w Euroclear został zablokowany, a hamulec pociągnęła mała koalicja państw z regionu, prowadzona przez Viktora Orbána. Dla jednych to demonstracja siły, dla innych ulga: naruszanie filarów zaufania w międzynarodowej architekturze finansowej to gra, w której rachunek przychodzi zawsze później i zawsze jest wyższy.
Niemcy chcieli domknąć rok gestem politycznym, który miał wyglądać jak sprawczość. Zamiast tego dostali lekcję granic. A gdy polityka traci grunt, ekonomia nie podaje ręki z litości. Bogactwa nie da się wydrukować długiem, nawet jeśli statystyka chwilowo udaje, że wszystko jest pod kontrolą.
Bruksela, czyli moment upokorzenia. Państwo ponad połową gospodarki
Wewnętrznie Merz obiecywał „odchudzenie biurokracji”, pobudzenie gospodarki pakietem reform i patriotyzm gospodarczy w stylu „Made for Germany”. Na zewnątrz jego projekt rozmywał się przy pierwszym podmuchu oporu koalicyjnego. W praktyce zamiast deregulacji widoczny stał się marsz w kierunku modelu, który można opisać jednym zdaniem: zielona gospodarka nakazowo-rozdzielcza z domieszką kompleksu wojskowo-przemysłowego.
Brukselski epizod z Euroclear był tu punktem kulminacyjnym. Dla rynku finansowego, który opiera się na zaufaniu i przewidywalności, próba wywłaszczenia aktywów w tak kluczowej instytucji oznaczałaby nie tyle „sprytną decyzję polityczną”, ile uderzenie w fundamenty infrastruktury, na której stoją transgraniczne rozliczenia i wiarygodność systemu. W takiej sytuacji nawet przeciwnicy Merza mogli poczuć ulgę, że ktoś wcisnął hamulec zanim rozpędzony pojazd wypadł z zakrętu.
A potem zostaje to, co nie da się zagłuszyć narracją: bilans. Udział państwa w niemieckim PKB przekroczył 50%, co brzmi jak statystyczny próg, a działa jak polityczna diagnoza. Gdy sektor publiczny zaczyna dominować, gospodarka prywatna staje się coraz bardziej dodatkiem, który ma finansować rosnące koszty systemu.
Na 2026 rok zapowiadane jest nowe zadłużenie rzędu około 5,6%, jeśli uwzględnić kreatywne zabiegi księgowe rządu federalnego. Bundesbankowi ekonomiści – zmuszeni do mniej propagandowego języka – prognozują oficjalny deficyt budżetowy na poziomie 4,8%. Różnica nie zmienia sedna: finansowanie „stabilności” długiem staje się normą, a nie wyjątkiem.
W takim układzie „zerowy wzrost” w statystykach jest komunikatem szczególnie cynicznym. Jeśli państwo wypełnia lukę drukarką długu, to brak wzrostu oznacza, że realna gospodarka prywatna kurczy się mimo pompowania pieniędzy. To nie stagnacja – to erozja przykryta księgowością.
Dwie sztuczne gospodarki: zielona i wojenna
Rząd nie poprzestaje na deficycie. Równolegle kieruje środki do dwóch obszarów, które mają udawać lokomotywy: „zielonej gospodarki” oraz odświeżonego sektora wojennego. Skala jest konkretna: ponad 50 mld euro rocznie finansowane długiem z rynku kredytowego. W teorii to inwestycje w przyszłość. W praktyce tworzy się model, w którym państwo najpierw podnosi ciężar regulacji i kosztów, a potem oferuje „ratunek” w postaci dotowanych projektów.
Najbardziej uderza tu logika oparta na wierze, że pieniądz zastępuje kapitał. Tymczasem tylko kapitał zaoszczędzony w procesie gospodarczym i zamieniony w inwestycje na wolnym rynku tworzy trwałe bogactwo. Dług może kupić czas, ale nie kupi produktywności.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy brakuje wzrostu, państwo zakłada maskę inwestora, choć w istocie działa jak konsument na kredyt. Najpierw zaciąga zobowiązania, potem ogłasza sukces, a na końcu wysyła rachunek podatnikom i przedsiębiorcom, nazywając to „transformacją”.
Administracja puchnie, przemysł chudnie
Koszt tej strategii widać w strukturze zatrudnienia. W ciągu ostatnich trzech lat tempo regulacyjne w Brukseli i Berlinie wymusiło powstanie około 325 000 nowych stanowisk administracyjnych tylko po to, by obsłużyć lawinę dokumentacji i wymogów.
To zatrudnienie nie jest neutralne – jest opłacane przez gospodarkę produktywną, która coraz częściej pracuje na to, by wypełniać formularze, a nie wytwarzać wartość.
W tym samym czasie setki tysięcy miejsc pracy w przemyśle zostały już utracone. Powstaje więc model statystycznie wygodny: biurokracja rośnie, wskaźniki zatrudnienia nie wyglądają katastrofalnie, ale realna baza wytwórcza słabnie.
Przyszłoroczny konsensus wzrostu rzędu około 1% jest w tej optyce nie nadzieją, lecz sygnałem, że Berlin będzie musiał „przetrawić” dalszą degradację.
Co gorsza, w takich warunkach nie ma znaczenia, ile kredytu państwo ściągnie z rynku i jakie zachęty stworzy, by pchać prywatny kapitał w projekty typu „zielona stal” czy energetyka wiatrowa. W tym środowisku sektor prywatny ma skurczyć się co najmniej o 4%. To oznacza, że rośnie nie gospodarka, lecz ciężar, który ją przygniata.
Punkt zwrotny: gdy slogany przestają działać
Dla Merza problem przestaje być wyłącznie krajową bombą polityczną. Jeśli spirala będzie się pogłębiać, to medialne spektakle, rytualne uderzanie w przedsiębiorców, patriotyzm lokalizacyjny i hasła „wytrwajmy” nie wystarczą, by wyjaśnić obywatelom, dlaczego obciążenia podatkowe i presja rynku pracy rosną, a przyczyny pozostają nietknięte.
W tle majaczy konieczność korekty dwóch ideowych kierunków. Pierwszy to porzucenie ambicji bycia „globalnym biurem socjalnym”. Drugi to odejście od modelu, który opisano jako „socjalizm klimatyczny”, uznawany za siłę bankrutującą przemysł albo wypychającą go do „racjonalnie zarządzanych” lokalizacji.
CYNICZNYM OKIEM: Państwo uwielbia mówić o „odporności”, gdy chodzi o obywateli, i o „wyjątkowości”, gdy chodzi o własne wydatki. W praktyce odporność ma oznaczać zgodę na ubożenie, a wyjątkowość – prawo do zadłużania się bez wstydu.
Brukselska porażka Merza nie była jedynie epizodem. W tektonice europejskiej polityki rysuje się wzmacniająca się opozycja konserwatywnych partii i rządów – od Węgier, przez Czechy i Słowację, po Włochy. To układ, który ma ambicję przeciwstawić się centralistycznym planistom i ograniczyć projekt „zielonego sterowania” gospodarką.
To jednak zapowiada długi konflikt. Rdzeń brukselskiej siły nie oddaje kompetencji bez walki, a tarcie między wizją planowania a wizją ograniczenia państwa będzie narastać wraz z recesją i zadłużeniem. Rok 2026 nie musi przynieść przełomu, ale już teraz widać, że przyniesie kontynuację katastrofy 2025 – tylko z mniejszą liczbą złudzeń.


