Hollywood najwyraźniej nie zna słowa „pauza”. Kiedy publiczność coraz częściej odwraca wzrok od nachalnie ideologicznych historii, Netflix wkracza na jeszcze głębszy poziom – dosłownie i metaforycznie. Najnowsza produkcja platformy, „Queen of Coal” (wcześniej „Miss Carbon”), przedstawia historię transpłciowego górnika węglowego z Argentyny, który – jak wskazuje opis – walczy z patriarchatem, stereotypami i zakazami pracy kobiet w kopalniach.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy Hollywood kończą się pomysły, zaczyna kopać węgiel – ideologiczny, czysty, symboliczny. Zamiast nowego „Casablanki”, dostajemy „Carlitę z kopalni”. Światła reflektorów gasną, bo nawet one są zmęczone.
Od górnika do bohaterki. Pedro Pascal i magiczna siła Netflixa
Historia, na której oparto film, zaczyna się w 2011 roku. Carlos Antonella Rodríguez – 18‑letni Argentyńczyk – zaczyna pracę w kopalni węgla, a następnie przechodzi proces tranzycji, stając się „Carlitą”, transpłciową kobietą. Wszystko to dzieje się w momencie, gdy Argentyna jako pierwszy kraj na świecie uchwala prawo pozwalające na zmianę płci na podstawie samej samoidentyfikacji, bez udziału lekarzy, sądów czy psychologów.
Zgodnie z narracją filmu, Carlita staje się „pierwszą kobietą górnikiem w historii kraju”, symboliczną pogromczynią patriarchatu i wzorem odwagi dla wszystkich kobiet. W rzeczywistości Carlos – lub Carlita – nie pracował pod ziemią przy wydobyciu, lecz przy konserwacji maszyn. Ale kogo obchodzi szczegół, skoro fabuła musi się „nosić”.
W filmie pojawia się Pedro Pascal – aktor, który najwyraźniej złożył wieczystą przysięgę lojalności wobec każdej produkcji z etykietą „postępowa”. Produkcja trafi na Netflix 19 grudnia i ma być formą „docudramy”, czyli dramatyzowanej biografii doprawionej odpowiednią dawką patosu, pyłu węglowego i ideologii.
Opis Netflixa traktuje historię jak mit założycielski:
Carlita, transpłciowa kobieta, marzy o pracy w kopalni, ale napotyka przesądy i zakaz pracy kobiet, zmuszając ją do walki o swoje miejsce i zakłócenia systemu.
Tylko nikt nie wyjaśnia, dlaczego ktoś miałby marzyć o pracy w kopalni. Prawdopodobnie dlatego, że w świecie Netflixa zawód górnika to już nie praca fizyczna, lecz metafora emancypacji.
CYNICZNYM OKIEM: Bohaterowie Netflixa nie chcą już podbijać Hollywood – wolą podbijać szyby węglowe. Kiedyś kobiety walczyły o prawo do głosu, dziś „Carlita” walczy o prawo do łopaty. Tyle że kopanie tego ideologicznego węgla nie daje ciepła – tylko dym.
Netflix nie pierwszy raz balansuje na granicy groteski i prowokacji. W 2020 roku platforma została oskarżona o seksualizację dzieci po emisji filmu Cuties – francuskiej produkcji przedstawiającej jedenastoletnie dziewczynki w tanecznych, mocno kontrowersyjnych scenach. Wtedy obrona brzmiała znajomo: to nie pornografia, to „feministyczne wzmocnienie”.
Teraz pojawia się nowy rozdział tego samego scenariusza. Globalny rynek przestał chłonąć moralne wykłady, więc Netflix szuka kolejnych historii, które można sprzedać jako „odważne” i „prawdziwe”. Publiczność reaguje jednak śmiechem – i kliknięciem „pomiń”.
Górnicza metafora demaskuje przemysł
Film „Queen of Coal” to symbol szerszego zjawiska – upadku sztuki na rzecz ideologii. Niegdyś kino było miejscem opowiadania historii człowieka; dziś stało się tablicą ogłoszeń z moralnymi hasłami. Produkcja z Argentyny pokazuje, że „autentyczność” przestała być wartością – teraz liczy się przesłanie, nawet jeśli jest absurdalne.
Netflix ryzykuje coraz więcej, przenosząc walkę kulturową z Twittera prosto do salonu. Ale konsekwencje też są coraz dotkliwsze: coraz mniej widzów, coraz więcej oburzenia i coraz więcej pustych ekranów.
Być może właśnie ten film stanie się momentem symbolicznego przesilenia – gdy przeciążony moralnymi kazaniami widz powie w końcu: „dość”. A wtedy Netflix sam sobie odpowie: zamiast kopać węgiel, dokopał się do dna.


