Izraelski premier Benjamin Netanjahu najwyraźniej nie zamierza czekać, aż Bliski Wschód się uspokoi. Choć oficjalnie amerykańska administracja utrzymuje, że “irański program nuklearny został całkowicie zniszczony” podczas czerwcowej operacji Midnight Hammer, Tel Awiw ma inne zdanie. Według źródeł NBC, Netanjahu zamierza osobiście namawiać Donalda Trumpa do ponownego ataku na Iran – tym razem nie tylko w ramach prewencji, ale jako „konieczność bezpieczeństwa narodowego”.
Wizyta z wojennym planem
Pod koniec grudnia, między 28 grudnia, a 4 stycznia, Netanjahu ma przyjechać do USA i spotkać się z Trumpem w jego prywatnej rezydencji Mar‑a‑Lago na Florydzie. Oficjalnie – wizyta robocza. Nieoficjalnie – lobbing na rzecz kolejnej operacji wojskowej przeciwko Teheranowi.
Izrael twierdzi, że pomimo amerykańskich bombardowań, Iran odbudowuje swoje programy rakietowe i potajemnie reaktywuje zniszczone ośrodki wzbogacania uranu. - „Nie chodzi już tylko o atom, lecz o rakiety” – alarmują izraelscy doradcy cytowani przez NBC.
Według tych źródeł, w izraelskich raportach znajdują się zdjęcia satelitarne świadczące o rozszerzaniu produkcji pocisków balistycznych i naprawie systemów obrony przeciwlotniczej. Dla Netanjahu to jednoznaczny dowód, że „dzieło zniszczenia” Amerykanów w czerwcu nie było ostateczne.
CYNICZNYM OKIEM: W Izraelu wojny nie wygrywa się czołgami, tylko PowerPointem – zwłaszcza tym pokazanym w Mar‑a‑Lago.
Ameryka w wielu miejscach naraz. Trump ostrożny, ale gotowy
Problem w tym, że wojenna mapa Trumpa jest już przeładowana. Armia USA skoncentrowała znaczną część sprzętu i personelu w rejonie Karaibów, gdzie od tygodni prowadzi operacje wymierzone w Wenezuelę i tamtejsze kartele narkotykowe.
Lotniskowiec USS Gerald R. Ford, który wcześniej patrolował Morze Śródziemne w pobliżu Bliskiego Wschodu, został przesunięty do operacji na Morzu Karaibskim. W praktyce oznacza to, że Pentagon ma ograniczone możliwości rozpoczęcia nowej ofensywy na Iran bez narażenia innych operacji.
Jednocześnie amerykańskie siły lotnicze w Syrii właśnie przeprowadziły kolejne uderzenia na cele ISIS, co formalnie potwierdza, że część infrastruktury militarnej wciąż jest dostępna dla ewentualnych misji izraelskich.
Mimo to w Waszyngtonie biją na alarm. Kolejna wojna bez prowokacji może być politycznie toksyczna, zwłaszcza wśród wyborców Trumpa, dla których “America First” oznacza koniec kosztownych wojen na drugim końcu świata.
Oficjalne stanowisko Białego Domu pozostaje niezmienne. „Operacja Midnight Hammer całkowicie wyeliminowała irańskie zdolności nuklearne” – zapewnia rzeczniczka Anna Kelly. Jej słowa potwierdzono zarówno przez Iran, jak i przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej.
Jednak nawet administracja nie ukrywa, że Iran wciąż dysponuje jednym z najbardziej zaawansowanych arsenałów rakietowych na Bliskim Wschodzie. To właśnie z tych rakiet – odwetowych i nieprzewidywalnych – Izrael odczuł w czerwcu największe straty.
Dlatego, choć Trump nie spieszy się z ponownym otwieraniem frontu, pozostawia sobie otwartą furtkę. – „Jeśli Iran znów sięgnie po broń nuklearną, uderzymy, zanim zrobi pierwszy krok” – ostrzegła Kelly.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka zapewnia, że zniszczyła irański program atomowy, ale zostawia numery do bombowców – na wszelki wypadek.
Sojusz napięty jak łuk. Cień nad Bliskim Wschodem
Dla Netanjahu, który walczy o utrzymanie pozycji w Izraelu w kraju rozdartym przez protesty i afery korupcyjne, wojna z Iranem byłaby politycznym azylem. Konflikt zewnętrzny zawsze scala społeczeństwo wokół rządu i pozwala odwrócić uwagę od tego, co dzieje się w Jerozolimie i Tel Awiwie.
Trump z kolei mierzy się z wewnętrznym rozłamem wśród swoich zwolenników – część republikańskiego elektoratu pozostaje nieugięcie antywojenna. Gdy poprzednie działania USA w Syrii i Iraku kosztowały miliardy, Amerykanie zaczęli pytać: „Ile wojen wystarczy, żeby znowu było bezpiecznie?”
Dlatego spotkanie w Mar‑a‑Lago ma wymiar nie tylko militarny, lecz i teatralny. Netanjahu wie, że nie musi dostać bomb – wystarczy obietnica. Obietnica, że Ameryka pozostanie po stronie Izraela, nawet jeśli oznacza to eskalację, której świat nie chce już oglądać.
Napięcie między Tel Awiwem, a Teheranem to niekończący się rytuał odstraszania. Każda strona twierdzi, że druga planuje atak, więc szykuje własny. Między nimi – dyplomacja, która już dawno przestała być językiem polityki, a stała się grą pozorów i ultimatum.
Tymczasem wojny w cieniu – od Syrii po Ukrainę – ciągną się miesiącami, wyczerpując nie tylko budżety, ale i cierpliwość społeczeństw. Jeśli Trump ulegnie presji sojusznika, świat może wpaść w kolejny cykl konfliktów, który pochłonie więcej niż tylko miliardy dolarów.
CYNICZNYM OKIEM: Bliski Wschód ma własną fizykę polityczną – im więcej mówi się o pokoju, tym bliżej wybuchu.
Czy Stany Zjednoczone znów uderzą? Oficjalnie – nie ma potrzeby. Nieoficjalnie – Izrael już przelicza pociski i planuje loty. Wizyta w Mar‑a‑Lago może być zapowiedzią nie tyle jednej wojny, ile serii „operacji zapobiegawczych” kryjących nową zasadę: wojen nie trzeba wygrywać, wystarczy je ciągle zaczynać.
A gdy Benjamin Netanjahu zajmie miejsce przy stole z Trumpem, obaj politycy zapewne znów wznoszą toast za bezpieczeństwo – takie, które wymaga nowego ataku, by zachować pokój.


