Premier Izraela Benjamin Netanjahu w wywiadzie dla programu „60 Minutes”, wyemitowanym w niedzielę, przedstawił stanowisko, które praktycznie wyklucza szybkie zakończenie konfliktu z Iranem. Izraelski przywódca utrzymuje, że prezydent Trump nadal domaga się usunięcia irańskich zapasów wzbogaconego uranu, a sam Trump ostrzegł w poniedziałek, że zawieszenie broni z Iranem jest „praktycznie podtrzymywane przy życiu tylko przez aparaturę”. Sygnały płynące z obu stolic wskazują, że dyplomatyczne wyjście z kryzysu jest dziś bardziej teoretyczne niż realne.
W rozmowie z gospodarzem programu CBS Majorem Garrettem, Netanjahu przyznał, że kampania wojskowa osiągnęła „bardzo wiele”, ale upierał się przy konieczności kontynuowania operacji. Premier zadeklarował maksymalistyczną listę celów, mówiąc: „W Iranie wciąż znajduje się materiał nuklearny, wzbogacony uran, który musi zostać stamtąd wywieziony. Wciąż istnieją ośrodki wzbogacania, które muszą zostać zdemontowane”. Do tej listy dodał następnie irańskie bojówki regionalne oraz program pocisków balistycznych.
Maksymalistyczne żądania Tel Awiwu zderzone z dyplomacją Waszyngtonu
Netanjahu rozwinął katalog izraelskich oczekiwań, zostawiając niewiele miejsca na kompromis. „Wciąż istnieją bojówki, które wspiera Iran. Istnieją pociski balistyczne, które nadal chcą produkować. Choć wiele z tego zdegradowaliśmy, wszystko to wciąż tam jest i jest jeszcze praca do wykonania” – stwierdził premier. Stanowisko to stoi w jawnej sprzeczności z próbami Waszyngtonu, który chciałby wycofać się z konfliktu, prezentując jednocześnie narrację o zwycięstwie.
Jednym punktem łączącym obie stolice pozostaje uran. Trump nie odpuszcza nalegań, by to, co nazywa „nuklearnym pyłem”, zostało usunięte z Iranu, mimo powtarzających się sprzeciwów Teheranu. Ta jedna kwestia jest obecnie głównym powodem załamania się negocjacji pokojowych i prawdopodobnie pozostanie nią w nadchodzących tygodniach.
Garrett naciskał na izraelskiego premiera, by ten ujawnił, jak konkretnie miałoby zostać zrealizowane usunięcie irańskiego materiału nuklearnego. „Za pomocą czego? Sił specjalnych z Izraela, sił specjalnych ze Stanów Zjednoczonych współpracujących ramię w ramię pod międzynarodowym nadzorem? Jak?” – pytał dziennikarz CBS. Pytanie trafiało w sedno problemu, ponieważ taki ruch byłby oczywistym przepisem na przedłużenie, a nawet eskalację wojny.
Netanjahu uniknął konkretnej odpowiedzi, powołując się jednak wprost na prezydenta Stanów Zjednoczonych. „Cóż, nie będę mówił o środkach wojskowych, ale prezydent Trump powiedział mi: 'Chcę tam wejść’ – to znaczy, powiedział to publicznie. Powiedział to i uważam, że ma rację. Jest bardzo oddany tej sprawie. I uważam, że można to zrobić fizycznie” – odpowiedział premier. Słowo „fizycznie” padło w tej rozmowie wielokrotnie i stało się sygnałem alarmowym dla obserwatorów politycznych w Waszyngtonie.
CYNICZNYM OKIEM: Izraelski premier publicznie cytuje amerykańskiego prezydenta, jakby ten był jego podwładnym, a potem unika pytań o szczegóły operacji. To nie sojusz, to dyktando obleczone w język wspólnych wartości.
Kto naprawdę dyktuje politykę zagraniczną USA?
Wymiana zdań w studio CBS przeszła w moment, który ujawnił prawdziwe granice transparentności po stronie izraelskiej. Na pytanie Garretta, czy można zabrać uran siłą, jeśli nie będzie porozumienia, premier odpowiedział z rozbrajającą szczerością. Cały fragment wywiadu wzbudził poważne pytania o to, czy Bibi próbuje dyktować politykę zagraniczną USA.
„Cóż, będzie pan zadawał mi te pytania. Będę ich unikał, więc może pan pytać drugi raz, trzeci raz, a ja będę unikał odpowiedzi drugi i trzeci raz” – odparł Netanjahu z bezprecedensową szczerością wobec dziennikarza. W innym momencie powtórzył kluczową dla całej rozmowy formułę: „Myślę, że można to zrobić fizycznie”. Ta deklaracja praktycznie przekreśla scenariusz pokojowego rozwiązania sporu o irański program nuklearny.
Choć nadal istnieje wyraźna możliwość, że konflikt ostatecznie przerodzi się w wojnę lądową, amerykańscy urzędnicy bagatelizują potencjalną obecność izraelskich żołnierzy na miejscu. Waszyngton nie wykluczył jednak wystawienia amerykańskich żołnierzy na niebezpieczeństwo, co wywołało gniew i frustrację w niektórych kręgach prawicy w Stanach Zjednoczonych. Operacja „Epic Fury”, jak nazywana jest kampania w mediach, staje się coraz bardziej politycznym obciążeniem dla administracji, która chciała ją prezentować jako szybką demonstrację siły, a nie zapowiedź długoletniego zaangażowania.



