Gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do bombardowania Iranu, większość europejskich członków NATO nie była w stanie zaoferować nawet milczącej pomocy. Niektórzy otwarcie potępili amerykański wysiłek jako nielegalny lub niepotrzebny. To paradoks, który odsłania głęboką rysę w fundamentach Sojuszu Północnoatlantyckiego – organizacji, która teoretycznie istnieje po to, by jej członkowie stali za sobą murem w obliczu wspólnych zagrożeń.
Członkowie NATO nie są prawnie zobowiązani do przyłączania się do operacji wojskowych, które nie zostały formalnie usankcjonowane przez Sojusz ani nie mają na celu ochrony terytoriów państw członkowskich. W praktyce jednak wielokrotnie to robili. Niektórzy dołączyli do Amerykanów w Afganistanie i Iraku, wychodząc z założenia, że po 11 września Talibowie i Saddam Husajn stanowili zagrożenie dla całego bezpieczeństwa Zachodu. Precedens był jasny – od trzymiesięcznej kampanii NATO na Bałkanach w 1999 roku, mającej ukrócić krwawe ambicje Slobodana Miloševicia, po zatwierdzoną przez ONZ kampanię bombardowań w Libii w 2011 roku. Ta ostatnia okazała się siedmiomiesięczną niefortunną przygodą, zwłaszcza że będący celem ataku Muammar Kaddafi zrezygnował wcześniej ze swojego programu broni jądrowej i desperacko próbował dobić targu z Zachodem.

Historia sojuszniczej solidarności pisana drobnymi gestami
Gdy w przeszłości członkowie NATO działali jednostronnie w obronie własnych interesów, często zwracali się do Stanów Zjednoczonych o otwartą pomoc. Przez blisko 40 lat Ameryka oferowała Francuzom wsparcie logistyczne, wywiadowcze i dyplomatyczne w ich postkolonialnych operacjach na rzecz ochrony Czadu.
Podczas wojny o Falklandy w 1982 roku osamotniona Wielka Brytania stanęła przed ogromnymi wyzwaniami logistycznymi, płynąc przez pół świata, by odzyskać swoje smagane wiatrem wyspy. Ameryka dostarczyła około dwóch milionów galonów paliwa oraz kluczowe uzupełnienia uszczuplonych brytyjskich zapasów pocisków Tomahawk.
Prezydent Ronald Reagan dał Wielkiej Brytanii prawdziwy „czek in blanco” na amerykańską pomoc – mimo że wywołało to gniew większości narodów Ameryki Łacińskiej i wielu latynoskich obywateli USA.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy Ameryka potrzebowała pomocy, europejscy sojusznicy nagle odkryli w sobie pacyfistów. Gdy to Europa prosiła o ratunek – solidarność NATO była oczywiście świętym obowiązkiem Waszyngtonu.
Europa milczy, choć to jej grozi najbardziej
Tym razem Ameryka nie prosiła członków NATO o pomoc w bombardowaniu Iranu. A przecież to Europa, a nie Stany Zjednoczone, znajdowała się w zasięgu irańskich rakiet balistycznych – i być może wkrótce także tych z głowicami nuklearnymi. Europejczycy są znacznie bardziej narażeni na inspirowany przez Iran islamski terroryzm i bardziej zależni od bliskowschodniej ropy przepływającej przez Cieśninę Ormuz.
Jedyne, o co Stany Zjednoczone początkowo prosiły, to wsparcie w kwestii baz przy rozbrajaniu wspólnego wroga Zachodu – reżimu, który przez prawie pół wieku mordował amerykańskich dyplomatów i żołnierzy oraz próbował zabić amerykańskiego prezydenta i sekretarza stanu.
Amerykańska opinia publiczna obserwowała jednak spektakl odmów. Brytyjczycy przez wiele dni wahali się w kwestii pozwolenia Amerykanom na korzystanie z bazy Diego Garcia. Hiszpanie zakazali Amerykanom korzystania ze swoich baz NATO i przestrzeni powietrznej. Włosi odrzucili prośbę o lądowanie i tankowanie bombowców w sycylijskiej bazie NATO.
Wielu szefów państw NATO ganiło Stany Zjednoczone przed swoimi krajowymi wyborcami, jednocześnie w typowy dla siebie, dwulicowy sposób publicznie oferując puste, werbalne poparcie.
Reakcja NATO na irański pocisk wymierzony w Turcję – państwo członkowskie Sojuszu – była anemiczna. Jeszcze gorsza okazała się reakcja Brytyjczyków na kolejny start irańskiej rakiety w stronę brytyjskiej bazy Akrotiri na Cyprze.
CYNICZNYM OKIEM: Artykuł 5 NATO działa najwyraźniej jak polisa ubezpieczeniowa – wszyscy chętnie płacą składki cudzymi pieniędzmi, ale gdy przychodzi do wypłaty, nagle okazuje się, że regulamin wyklucza ten konkretny przypadek.
Taka pasywność stała w jaskrawym kontraście do trwającej pięć lat wojny na Ukrainie. Ukraina nie była w NATO, a ukraińscy politycy odgrywali czasem natrętną, stronniczą rolę w amerykańskich wyborach prezydenckich w 2016, 2020 i 2024 roku. Mimo to pojawiały się pilne europejskie prośby, by Stany Zjednoczone uszanowały ducha solidarności NATO i jak najszybciej przedostały się przez Atlantyk w obronie integralności terytorialnej Europy.
A przecież Europa kontynentalna nie jest z natury słaba. Łączna liczba ludności Unii Europejskiej i europejskich członków NATO wynosi około 450 milionów – o ponad 100 milionów więcej niż populacja Stanów Zjednoczonych. Te same narody cieszą się łącznym rocznym PKB wynoszącym ponad 22 biliony dolarów, co stanowi dziesięciokrotność rozmiaru rosyjskiej gospodarki.
Europejska powściągliwość nakłada się na odwieczne amerykańskie wysiłki, by nakłonić członków NATO do dotrzymania zobowiązań obronnych na poziomie 2% PKB – szczególnie w przypadku Hiszpanii i Kanady, które przez lata nie dotrzymywały obietnic. To nie połajanki Trumpa podkopywały NATO. Jak zauważa autor analizy – Trump jedynie zerwał maskę pozorów i obnażył ropiejącą pod nią ranę narastającej, antyamerykańskiej hipokryzji. Jeśli ktoś chciałby zniszczyć Sojusz, nie ma lepszej drogi niż naśladowanie nieszczerych przykładów zachodnioeuropejskich członków NATO.



