Peter Mandelson jeszcze niedawno był symbolem brytyjskiej elity: trzykrotny minister, architekt nowoczesnego wizerunku Partii Pracy, a ostatnio ambasador Wielkiej Brytanii w Stanach Zjednoczonych. Dziś siedzi w pokoju przesłuchań londyńskiej policji. Zarzut: nadużycie władzy publicznej i przekazywanie poufnych informacji Jeffreyowi Epsteinowi. Zaledwie kilka tygodni po rezygnacji z urzędu, jego nazwisko trafia na nagłówki gazet nie z powodu politycznych osiągnięć, lecz przez kolejne odsłony sieci skandali, które łączą seks, pieniądze i władzę w jednym, nieprzyzwoicie brytyjskim sosie.
Areszt w Camden poprzedziły przeszukania w dwóch lokalizacjach – w tym w Wiltshire – i nastąpił zaledwie cztery dni po zatrzymaniu Andrew Mountbattena-Windsora, znanego powszechnie jako książę Andrzej, również podejrzanego o przekazywanie Epsteinowi poufnych informacji. To nie przypadek – raczej efekt domina, w którym polityczne koneksje splatają się z towarzyską lojalnością wobec skompromitowanego miliardera.
Wyciek dokumentów z amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości ukazał, jak bardzo Mandelson przekroczył granicę publicznego zaufania. Z maili wynika, że w 2010 roku wysyłał Epsteinowi poufne dane dotyczące planowanego ratunku strefy euro w wysokości 500 miliardów euro, przekształceń w polityce premiera Gordona Browna i projektu sprzedaży państwowych aktywów na kwotę 20 miliardów funtów. Epstein nie był doradcą rządu – był jego pasożytem.

CYNICZNYM OKIEM: Wielka Brytania nie potrzebuje szpiegów, skoro jej ministrowie sami rozdają tajemnice jak firmowe gadżety na konferencji.
Mail za miliard, przysługa za wpływ
W jednym z maili Mandelson pisał do Epsteina: „Ciekawa notatka, która trafiła właśnie do premiera.” W odpowiedzi finansista pytał, jakie aktywa rząd planuje sprzedać. Na to przyszła odpowiedź od nieznanego nadawcy: „Ziemia, nieruchomości, chyba.” Kilka miesięcy później rząd rzeczywiście ogłosił sprzedaż części majątku państwowego. Zbieg okoliczności? Raczej klasyczne przecenienie lojalności wobec państwa na rzecz lojalności wobec kontaktów.
Jeszcze bardziej obciążające są wiadomości z maja 2010 roku, w których Epstein prosił o potwierdzenie europejskiego pakietu ratunkowego. Mandelson odpowiedział, że ogłoszenie nastąpi „wieczorem”. Następnego dnia faktycznie ogłoszono gigantyczny bailout, a Mandelson – jakby mimochodem – dał Epsteinowi znać o zbliżającej się rezygnacji Browna. Taka wiedza, zanim trafiła na rynki, była bezcenna.
Według BBC, rozmowy między bankierami a kanclerzem Alistairem Darlingiem odbywały się właśnie w tym czasie – na prośbę, a właściwie na „delikatną groźbę” z ust Mandelsona. W jego ustach polityczny język perswazji mieszał się z tonem brokerskiego szantażu.
Łańcuch zdrad i księgowość hańby
Wraz z mailami wypłynęły ślady finansowe. W amerykańskich archiwach pojawiły się przelewy w wysokości 75 tysięcy dolarów od Epsteina na konta, z których miał korzystać sam Mandelson. Inne dokumenty wskazują, że Epstein przekazał 10 tysięcy funtów partnerowi polityka, Reinaldo Avila da Silvie, „na kurs osteopatii i inne wydatki”. Drobne wsparcie, można by rzec – gdyby nie fakt, że równocześnie Mandelson był ministrem w rządzie, który decydował o przyszłości europejskiej gospodarki.
Nick Butler, doradca ówczesnego premiera, przyznał w rozmowie z Timesem, że jest „zdegustowany” zdradą zaufania. To on napisał pierwotną notatkę o sprzedaży aktywów, którą Mandelson przesłał dalej. Jak sam powiedział: „Pracowaliśmy w oparciu o zaufanie – a ono zostało sprzedane, prawdopodobnie dla zysku.”
CYNICZNYM OKIEM: W polityce zdrada bywa walutą. Ważne tylko, by kurs wymiany był odpowiednio wysoki.
Premier Keir Starmer natychmiast zamówił śledztwo w sprawie możliwego „nadużycia urzędu publicznego”, żądając jednocześnie rezygnacji Mandelsona z Izby Lordów. Ale formalnie nie ma on do tego prawa – potrzebne byłyby zmiany ustawowe. Ostatni raz w historii Wielkiej Brytanii tytuł lorda odebrano podczas I wojny światowej za zdradę kraju.
Reformy etyki parlamentarnej od lat leżą w szufladach, a teraz wracają w atmosferze moralnego rozkładu. Opozycja, od Szkockiej Partii Narodowej po Reform UK, zawiadomiła policję, a Komisja ds. Dyscypliny w Izbie Lordów rozkłada ręce – nie wiadomo, kto i jak miałby wyegzekwować odpowiedzialność. Edynburg śmieje się z Westminsteru, a Westminster milczy z oburzenia.
Darren Jones z resortu finansów stwierdził w parlamencie: „Żaden minister, nigdy i w żadnym rządzie, nie powinien zachowywać się w ten sposób.” Prawdziwy problem polega jednak na tym, że takie zachowania nie są wyjątkiem, lecz schematem – tyle że zwykle nie wychodzą na jaw.
Imperium upadłych ludzi
Mandelson po latach wrócił do władzy u boku Starmera jako ambasador w Waszyngtonie. Miał być twarzą odnowionych, odpowiedzialnych Laburzystów. Zamiast tego stał się jego przekleństwem. Wysoka izba zamilkła, a opinia publiczna poczuła coś rzadko spotykanego – autentyczne obrzydzenie.
Wielka Brytania, obsesyjnie przywiązana do idei honoru i nadzwyczajnych standardów, znów zobaczyła prawdziwą twarz klasy rządzącej: wytworną, grzeczną i kompletnie skorumpowaną. Mandelson, mistrz politycznej mimikry, sam stał się symbolem tego, co przez dekady cynicznie tuszował – moralnego bankructwa establishmentu.
Nie wiadomo, czy trafi przed sąd, ani czy straci tytuł lorda.


