Podczas gdy giełdy wciąż grają optymizmem, a politycy recytują mantry o „miękkim lądowaniu”, rzeczywistość finansowa zaczyna skrzypieć jak stary silnik. W USA 655 firm ogłosiło w tym roku bankructwo – niemal tyle, co w całym 2024 roku (687). Jeśli trend się utrzyma, 2025 może przynieść najwyższą liczbę upadłości od 15 lat.

Sygnały nadchodzącego załamania stają się coraz trudniejsze do zignorowania. Upadek pożyczkodawcy samochodowego Tricolor, dostawcy części First Brands oraz falujący sektor banków regionalnych to tylko pierwsze pęknięcia na murze gospodarki. Jamie Dimon, szef JPMorgan – człowiek, którego zdania słucha Wall Street – skomentował to krótko i bez zbędnych metafor:
„Jak widzisz jednego karalucha, to pewnie jest ich więcej.”
Trudno o lepsze podsumowanie sytuacji.
Gospodarka na krawędzi recesji? Konsumenci na rezerwie
Według danych S&P Global, tylko w październiku zbankrutowało 68 firm, a w sierpniu – rekordowe 76, najwięcej od 2020 roku. Sektor przemysłowy poniósł największe straty: 98 upadłości w ciągu roku. Zaraz potem znalazły się luksusowe dobra konsumpcyjne – 80 firm.

Znane marki pękają w cieniu sztucznej inteligencji i inwestycyjnych iluzji. Kapitał płynie do AI, zostawiając tradycyjną gospodarkę na jałowym biegu. Firmy o zbyt długich dźwigniach finansowych, zbyt optymistycznych prognozach i zbyt drogim kredycie zaczynają tonąć po cichu, jedna po drugiej.
Ekonomiści próbują uspokajać, że to tylko „idiosynkratyczne incydenty” – ładne słowo na określenie czegoś, czego jeszcze nie chcemy nazwać kryzysem. Jak ujął to Clayton Triick z Angel Oak Capital Advisors,
„Spodziewam się więcej takich odizolowanych incydentów.”
Czyli finansowych trupów w szafie, o których będziemy słyszeć w rytmie cotygodniowych raportów.
Na horyzoncie majaczy też nowy problem – ludzie po prostu nie mają już z czego dopłacać do optymizmu. Amerykanie o niskich i średnich dochodach są finansowo wyczerpani. Kredyty, raty, żywność, energia – wszystko podrożało szybciej niż cierpliwość.
Dane UBS pokazują, że najbliższe dwa kwartały będą dla gospodarstw domowych najtrudniejsze od dekady. Dopiero w drugim kwartale 2026 roku ustawa One Big Beautiful Bill Act (OBBBA) ma przynieść ulgę – poprzez 55 miliardów dolarów w zwrotach podatkowych.
Do tego dochodzą inwestycje infrastrukturalne, budowy centrów danych i reshoring, które mają ożywić sektor realny. Jednak, jak zwykle, wszystko zależy od kalendarza wyborczego.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy gospodarka skrzypi, najlepszym smarem jest kampania przedwyborcza.
Kupowanie nastrojów. AI, banki i złudzenia
Zanim nadejdą „lepsze czasy”, administracja Donalda Trumpa uruchamia Operation Affordability – program mający obniżyć ceny i poprawić siłę nabywczą Amerykanów o najniższych dochodach. Brzmi jak ekonomiczne lekarstwo, ale bardziej przypomina tymczasowe znieczulenie na ból, nie kurację przyczynową.
Ceny spadną może o kilka procent, inflacja na chwilę odpuści, a społeczeństwo odzyska złudzenie równowagi – akurat na czas kolejnych wyborów. Po wszystkim gospodarka znów obudzi się z bólem głowy, a rachunek, tradycyjnie, zapłacą podatnicy.
Nawet symbol nowej gospodarki – sektor AI – zaczyna przeciekać od środka. Wyceny spółek sztucznej inteligencji osiągnęły poziomy, które przypominają czasy bańki dotcomów. Bitcoin, dawne srebro cyfryzacji, ledwo trzyma się psychologicznego pułapu 100 000 dolarów.
Banki regionalne walczą o płynność, a inwestorzy zaczynają rozumieć, że AI nie nakarmi rosnących kosztów finansowania. W efekcie wielka amerykańska gospodarka zaczyna przypominać samochód, który jednocześnie przyspiesza i traci paliwo.
Widmo 2008, tylko w lepszej grafice
Na papierze wszystko wygląda w miarę stabilnie. Indeksy giełdowe, mimo chwilowych wahań, trzymają się wysoko. Ale to właśnie tak wyglądał rok 2007 – zanim karaluchy zaczęły wychodzić spod tapety. W ówczesnych raportach analitycznych słowo „izolowany” też pojawiało się często. Prawda przyszła kilka miesięcy później – razem z Lehman Brothers.
Dzisiaj, mamy Tricolor, First Brands i dziesiątki anonimowych spółek przemysłowych, które codziennie znikają z radarów.
CYNICZNYM OKIEM: Historia nigdy się nie powtarza. Po prostu wchodzi na rynek z lepszym brandingiem.
Amerykańska gospodarka balansuje między recesją, a iluzją wzrostu. Silne dane z rynków pracy i konsumpcji to często ostatni objaw tzw. „cyklu zmęczenia” – chwilowe przyspieszenie przed cofnięciem się ekonomicznej fali.
Jamie Dimon mógł więc powiedzieć więcej, niż chciał. Bo gdy na horyzoncie pojawia się pierwszy karaluch, nie chodzi już o pojedynczy incydent. Chodzi o światło włączone w pokoju, z którego za chwilę wypełzną wszystkie pozostałe.


