Coraz większa liczba Amerykanów po prostu nie może już sobie pozwolić na zakup nowego samochodu. Jak donosi Wall Street Journal, od 2020 roku z rynku wycofało się około miliona potencjalnych nabywców, a prognozy branżowe sugerują, że raczej szybko na niego nie powrócą. To zjawisko, które na trwałe zmienia kształt amerykańskiej motoryzacji.
Producenci początkowo liczyli na inny scenariusz. Spodziewali się, że sprzedaż powróci do poziomów sprzed pandemii, jednak utrzymująca się presja ekonomiczna utrzymała popyt poniżej wcześniejszych oczekiwań. Rzeczywistość okazała się znacznie mniej optymistyczna niż firmowe plany.

Dlaczego nowe auta stały się tak nieosiągalne?
Skala spadku jest wyraźna. Przed pandemią sprzedaż nowych pojazdów w Stanach Zjednoczonych wynosiła zazwyczaj około 17 milionów sztuk rocznie. Obecnie większość prognoz plasuje popyt bliżej 16 milionów pojazdów lub mniej, z niewielkimi szansami na pełne ożywienie.
Główną barierą pozostają ceny. Średnia cena nowego pojazdu wynosi dziś prawie 50 tysięcy dolarów, a wiele modeli przekracza 55 tysięcy. W miarę jak znikają tanie modele z segmentu podstawowego, nowe auta stają się coraz mniej dostępne dla gospodarstw domowych o średnich dochodach.
Sami producenci dostrzegają ten problem. Wall Street Journal pisze, że przystępność cenowa stała się główną przeszkodą w sprzedaży. Mimo zapowiedzi tańszych modeli nie należy spodziewać się w najbliższym czasie znacznych obniżek cen.
Zamiast walczyć rabatami, firmy obrały inną strategię. Skoncentrowały się na wytwarzaniu pojazdów o wyższej marży, takich jak pickupy, SUV-y oraz wersje wyposażenia premium. Producenci postawili na zysk z jednej sztuki, a nie na liczbę sprzedanych aut.

CYNICZNYM OKIEM: Branża odkryła, że sprzedawanie mniej za drożej bije pogoń za wolumenem. Milion klientów wypadł z rynku, a producenci nie płaczą – liczą rosnące marże.
Skąd wzięła się ta zmiana podejścia?
Korzenie strategii sięgają pandemii. Niedobory w dostawach ograniczyły wtedy produkcję, ale pozwoliły firmom utrzymać wysokie zyski dzięki wyższym cenom. To doświadczenie przekonało producentów, że mniejsza sprzedaż bywa bardziej opłacalna niż pogoń za wolumenem.
Efekt jest odczuwalny dla kierowców. Konsumenci wypchnięci z rynku nowych aut kierują się ku używanym, lecz tam ceny również mocno wzrosły. Wiele rodzin zareagowało całkowitym odłożeniem zakupu i dłuższym użytkowaniem obecnych pojazdów.
Skutki widać na drogach. Średni wiek samochodów osobowych i lekkich ciężarówek w Stanach Zjednoczonych osiągnął rekordowy poziom. Statystyczny pojazd na amerykańskich drogach ma dziś około 13 lat.
Do tego dochodzą rosnące koszty po stronie firm. Producenci mierzą się z wydatkami z tytułu ceł, problemami w łańcuchach dostaw oraz ogromnymi inwestycjami w pojazdy elektryczne. Koszty te dodatkowo zniechęcają do stawiania na tanie modele, takie producenci jak GM i Ford wolą bowiem dochodowe ciężarówki i SUV-y.
Część rynku próbuje jednak iść pod prąd. Stellantis zobowiązał się rozszerzyć ofertę o tańsze pojazdy w nadchodzących latach, a Toyota, Nissan i Hyundai wciąż mają jedne z bardziej przystępnych opcji. Nawet te marki coraz częściej przesuwają się jednak w stronę SUV-ów i większych pojazdów.
Prognozy na przyszłość pozostają trzeźwe. Analitycy coraz silniej skłaniają się ku opinii, że roczna sprzedaż w Stanach Zjednoczonych może przez lata pozostać poniżej normy sprzed pandemii. Powrót do poziomu 17 milionów sztuk wymagałby znacznie większej podaży aut tańszych niż 40 tysięcy dolarów – a dopóki to nie nastąpi, kierowcy będą wydłużać życie pojazdów, które już mają.



