Nowe dokumenty z tzw. Epstein Files znów wkładają kij w mrowisko światowych elit. Po raz kolejny nazwiska, które przez ostatnie dekady były symbolem postępu, miliardowych fortun i publicznego moralizatorstwa, pojawiają się obok człowieka, który uczynił z ludzkiej krzywdy globalny interes. Bill Gates, Reid Hoffman i cała galeria technologicznych magnatów tłumaczą się dziś jak uczniowie złapani na ściąganiu.
Lista nazwisk jest jak spis treści XXI wieku: od Gatesa przez Ruperta Murdocha, Elona Muska, Richarda Bransona, aż po noblistów i byłych premierów. W tle – archipelag wysp, prywatne odrzutowce i e-maile, które powracają jak złe sny.
Gates – e-maile, których „nie było”
W centrum uwagi znalazł się Bill Gates, który od lat bagatelizuje swoje kontakty z Jeffreyem Epsteinem. Nowe ujawnione materiały każą mu tłumaczyć się z więcej niż nieścisłości. W 2013 roku Epstein pisał do siebie o wspólnym spotkaniu z asystentem Gatesa i dwiema rosyjskimi „gośćmi” na wyspie Richarda Bransona, zorganizowanym rzekomo przy okazji konferencji kryptowalutowej.
W tym samym mailu Epstein miał notatkę, w której Gates „usilnie prosi” go o „usunięcie wspomnień o pewnych medycznych problemach”, a nawet o „opis swojego penisa”. Brzmi absurdalnie, lecz dokument istnieje. Gates broni się: „to w 100% nieprawdziwe, e-mail nigdy nie został wysłany” – choć źródła pokazują, że jednak został.
CYNICZNYM OKIEM: Gdyby Microsoft usuwał dane tak skutecznie, jak Gates próbuje usuwać e-maile, system Windows byłby dziś legendą niezawodności.
Reid Hoffman – filantrop z wyspy
Założyciel LinkedIna, Reid Hoffman, również się zaczerwienił. Wplątany w relacje z Epsteinem po jego wyroku w 2008 roku, przyznaje, że odwiedził jego prywatną wyspę „dla celów fundraisingowych” – konkretnie zbiórki dla MIT Media Lab. Twierdzi, że żałuje tych spotkań, choć wśród dokumentów pojawia się informacja, że zostawił Epsteinowi… paszport. W „torbie z prezentami.”
Epstein, jak zwykle skrupulatny, odnotował: „Reid był tu ostatni weekend, przywiózł prezenty.”
Gdy trop się zagęszcza, Hoffman kontratakuje – obawia się, że zarzuty stawiane wobec niego służą wybielaniu Donalda Trumpa. W wywiadzie stwierdza z emfazą: „Wzywam do pełnej transparentności i zbadania wszystkich zamieszanych, łącznie z Trumpem.” Na pytanie, czy sam powinien podlegać takiemu śledztwu, odpowiada wymijająco.
Hoffman kontra Musk
Na scenie pojawia się również Elon Musk, jak zwykle w roli antagonisty. Musk ujawnia e-mail od Epsteina, w którym pada pytanie o „najdziksze przyjęcie na wyspie”, na które miałby przybyć z byłą żoną, Talulah Riley. Musk odpiera zarzuty: „Różnica między mną, a Reidem jest taka, że ty pojechałeś, a ja nie.”
To klasyczna wymiana ciosów w stylu Doliny Krzemowej – moralne potyczki miliarderów o to, czy byli mniej winni od siebie nawzajem.
CYNICZNYM OKIEM: Dawniej arystokraci kłócili się o honor. Teraz miliarderzy spierają się o protokół wstępu na prywatną wyspę pedofila.
Dzienniki grozy i watykańskie absurdy
O ile technologiczne przepychanki budzą politowanie, o tyle zawartość części ujawnionych akt przeraża. Fragmenty rzekomego dziennika jednej z ofiar opowiadają o „hodowli dzieci” w ranczu Epsteina w Nowym Meksyku. Dziewczyna opisuje siebie jako „inkubator” – wstrząsające echo doniesień z dawnych śledztw, nigdy do końca wyjaśnionych.
Pojawiają się też osobliwe tropy z pogranicza groteski: wzmianki o „mieszkaniu z papieżem w Watykanie”, antysemickie i rasistowskie komentarze Epsteina, a nawet korespondencja, w której arabscy biznesmeni wymieniają się „paniami testowymi” jak katalogiem towarów. Jednocześnie nazwisko Rothschildów, jak i inne wpływowe nazwiska, miały zostać wyczyszczone z najnowszej wersji akt.
Czy redakcje ochroniły ofiary – czy wpływy? Odpowiedź łatwo przeczuć, ale trudno udowodnić.
Epsteinizm po śmierci
Choć Epstein zmarł w 2019 roku w warunkach, których oficjalna wersja („samobójstwo”) nikogo już nie przekonuje, jego duch – lub raczej sieć – wciąż żyje. Jego nazwisko stało się skrótem całej epoki zakulisowych układów, finansowych przepływów i seksualnych transakcji.
Brak realnych konsekwencji po kolejnych publikacjach akt sprawia, że każdy nowy przeciek jest już tylko farsą. Nikt z gigantów finansowych nie stanął przed sądem, żadna instytucja nie straciła prestiżu. Ci sami ludzie rozdają dziś granty naukowe, przewodniczą fundacjom charytatywnym i modnie żałują swoich „błędnych osądów”.
Ostatni zgniły sekret elit
To, co łączy Gatesa, Hoffmana, Muska i resztę tej menażerii, to nie konkretny czyn, lecz struktura zaprzeczenia. Każdy powtarza tę samą formułę:
- „żałuję, że się spotkałem, ale nic złego nie zrobiłem,”
- „chciałem tylko pomóc uniwersytetowi,”
- „to była darowizna naukowa,”
- albo – jak Gates – „to fałszywy e-mail.”
Wszystko poza jednym jest możliwe – uznaniem, że system, którego byli częścią, był chory od początku.
CYNICZNYM OKIEM: Prawdziwa siła tych ludzi nie polega na nowych technologiach. Polega na tym, że mogą napisać własną historię – i nikt im jej nie ocenzuruje, nawet po śmierci Epsteina.
Świat znów przewraca kartki jego akt z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji. Wciąż nie wiemy, ilu winnych pozostanie nietykalnych, ale jedno jest pewne – nieważne, ile nazwisk się pojawi, dopóki nie padnie żadne wyrok, Epstein wciąż będzie symbolem ideologii, w której pieniądze niosą rozgrzeszenie, a prawda ma wartość rynkową.


