Debata na temat przemocy w niemieckim społeczeństwie osiągnęła w Bundestagu punkt wrzenia. Kanclerz Friedrich Merz publicznie stwierdził, że znaczna część przemocy w Niemczech pochodzi z grup imigranckich – co spotkało się z brawami CDU/CSU i AfD, ale też z furią lewej strony sceny politycznej. Posłanka Partii Lewicy Cansin Köktürk opublikowała na Instagramie zdjęcie swojego środkowego palca skierowanego w stronę kanclerza, oskarżając go o rasistowską agendę i „histeryczne, ciągłe użalanie się” nad migrantami.
„Mamy do czynienia z eksplozją przemocy w naszym społeczeństwie, zarówno w przestrzeni analogowej, jak i cyfrowej, i musimy wspólnie coś z tym zrobić” – powiedział Merz. Dodał jednak zdanie, które wywołało polityczne trzęsienie ziemi: „Musimy zatem również otwarcie powiedzieć, że znaczna część tej przemocy dociera do Republiki Federalnej Niemiec z grup imigranckich”.

Statystyki kontra narracja o „problemie społecznym”
Lider frakcji SPD Matthias Miersch natychmiast ripostował, przekonując, że przemoc wobec kobiet należy postrzegać szeroko, a nie sprowadzać do jednej grupy populacyjnej. Stwierdził: „Przemoc wobec kobiet nie ma pochodzenia ani religii, jest problemem społecznym”.
Dane statystyczne rysują jednak obraz trudny do zignorowania. Obcokrajowcy popełniają 65 procent wszystkich przestępstw seksualnych w niemieckich pociągach i na dworcach, mimo że stanowią około 15 procent populacji. Co istotne – obywatele Niemiec o pochodzeniu migracyjnym nie są wliczani do tej statystyki.
Dane z Nadrenii Północnej-Westfalii wykazały, że obcokrajowcy popełniają połowę wszystkich gwałtów zbiorowych. Jednak analiza imion podejrzanych posiadających niemieckie obywatelstwo pokazuje, że co najmniej połowa z nich ma imiona wskazujące na pochodzenie zagraniczne. Łącznie oznacza to, że 75 procent wszystkich gwałtów zbiorowych jest popełnianych przez obcokrajowca lub osobę o pochodzeniu migracyjnym.
Tylko w 2024 roku ofiarami przemocy seksualnej padło 63 977 kobiet, a sprawcami byli nieproporcjonalnie często obcokrajowcy – stanowiąc 35 procent wszystkich sprawców. Od 2015 roku syryjscy podejrzani popełnili 135 000 przestępstw przeciwko Niemcom – średnio jedno co 39 minut.
Dane uzyskane przez magazyn „Freilich” ujawniają skalę problemu w rozbiciu na kraje pochodzenia: 82 960 przestępstw powiązanych z Afganistanem, 69 946 z Irakiem, 39 918 z Marokiem i 32 383 z Algierią. Łącznie w ciągu 10 lat odnotowano ponad 460 000 przestępstw z udziałem podejrzanych z 10 głównych krajów pochodzenia.
CYNICZNYM OKIEM: Przemoc nie ma pochodzenia ani religii – twierdzą politycy, którym statystyki pokazują dokładne pochodzenie i dokładną religię. Ignorowanie danych to też forma polityki – tyle że kosztuje ona ofiary, a nie mandaty.
Przemoc w szkołach i brakujące dane
W sektorze edukacji Saskia Esken, przewodnicząca parlamentarnej Komisji ds. Edukacji i Rodziny, stanowczo odrzuciła narrację migracyjną. „Migracja nie jest problemem w naszych szkołach” – stwierdziła, argumentując, że przemoc pojawia się tam, gdzie dzieci nie uczą się regulowania emocji.
Dane ponownie jej zaprzeczają. 40 procent wszystkich podejrzanych o przestępstwa z użyciem przemocy w niemieckich szkołach to obcokrajowcy – wynika z odpowiedzi rządu na zapytanie posła AfD Martina Hessa. Spośród 11 558 podejrzanych ogółem 1 236 posiadało paszporty syryjskie, co oznacza, że co dziesiąty incydent przemocy był związany z tą narodowością.
Prawdopodobnie znaczna liczba podejrzanych to obywatele Niemiec o pochodzeniu migracyjnym, którzy w statystykach liczeni są wyłącznie jako Niemcy. Naukowcy, policja i społeczeństwo nie mają jasnego obrazu integracji poprzednich pokoleń migrantów i ich roli w przestępczości – ze względu na systematyczny brak raportowania takich danych.
CYNICZNYM OKIEM: Posłanka Lewicy odpowiada na statystyki środkowym palcem na Instagramie. Kiedy dane przegrywają z emotikonami – demokracja ma problem poważniejszy niż migracja.
Tymczasem Köktürk napisała do Merza: „Hej Merz, prawie myślę, że sam chciałbyś być częścią nas. Masz taką obsesję na punkcie mówienia o nas”. Opisała jego retorykę jako agresywną i raniącą. Kanclerz na prowokację nie odpowiedział – ale liczby, które przytoczył, mówią same za siebie wystarczająco głośno.



