Słowacki premier Robert Fico po raz drugi z rzędu okazał się jedynym przywódcą z Unii Europejskiej, który odwiedził Moskwę z okazji sobotnich obchodów Dnia Zwycięstwa upamiętniających II wojnę światową. Wizyta wywołała przewidywalną i ostrą reprymendę ze strony Niemiec oraz europejskich urzędników, którzy nie kryli swojego oburzenia obecnością Fico przy boku Władimira Putina.
Najgłośniej zareagował kanclerz Niemiec Friedrich Merz, który skarcił słowackiego premiera tonem przypominającym wezwanie do gabinetu dyrektora. „Porozmawiamy z nim dzisiaj o tym dniu w Moskwie” – zapowiedział Merz, dodając: „My świętujemy dziś tutaj, w Sztokholmie, Dzień Europy. A to jest coś zupełnie innego”. Jeden z nagłówków trafnie podsumował sytuację, że Merz obiecał Ficy lanie za wycieczkę do Moskwy 9 maja.

Energetyczne podłoże słowackiej niezależności
Merz stwierdził również, że „głęboko żałuje” podróży Fico, zapewniając jednocześnie, że nie odzwierciedla ona wspólnego stanowiska Unii Europejskiej. Powody, dla których słowacki premier wyłamuje się ze wspólnej linii, są jednak całkiem konkretne. Fico jest skrajnie sceptyczny wobec europejskiej pomocy dla Ukrainy, a Słowacja pozostała silnie uzależniona od rosyjskiej energii.
Putin przyjął gościa z Bratysławy z wyraźną satysfakcją i nawiązał do logistycznych komplikacji wizyty. „Wiem, że wystąpiły pewne trudności z pana podróżą do Moskwy. Ale ważne jest to, że pan tu jest” – powiedział rosyjski prezydent. Owe trudności oznaczały odmowę kilku państw europejskich na przelot samolotu słowackiego lidera przez ich przestrzeń powietrzną.
Rosyjski przywódca nie krył też swoich planów wobec Bratysławy. „Z zadowoleniem przyjmujemy stopniowe wznawianie dwustronnej współpracy, która została faktycznie wstrzymana przez poprzednie władze słowackie” – stwierdził Putin, dodając, że „zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zaspokoić potrzeby energetyczne Republiki Słowackiej”. Komunikat o dostawach energii padł w momencie, gdy reszta Unii konsekwentnie odchodzi od rosyjskich surowców.
CYNICZNYM OKIEM: Bruksela grzmi o europejskiej jedności, Berlin obiecuje lanie, a Bratysława spokojnie tankuje rosyjski gaz pod parasolem NATO. To nie polityka wartości, to praktyczna geografia rurociągów ubrana w retorykę pamięci historycznej.
Symboliczna gra Fico między dwoma światami
Mimo medialnego rozgłosu Fico nie uczestniczył w pełnym zestawie wydarzeń z okazji Dnia Zwycięstwa. Spotkał się z Putinem, ale pominął główne punkty parady wojskowej na Placu Czerwonym. Zamiast tego w piątek uroczyście złożył kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza, który jest głównym rosyjskim miejscem pamięci o milionach radzieckich żołnierzy poległych w walce z nazistowskimi Niemcami.
Sam Fico odpowiedział na falę krytyki, prezentując swoją wizytę jako akt szacunku, a nie polityczną deklarację. Stwierdził, że jego obecność była „manifestacją szacunku dla ofiar II wojny światowej” oraz że musi z Putinem koniecznie omówić „fundamentalne kwestie” stosunków dwustronnych. W swojej deklaracji ideowej poszedł jeszcze dalej, mówiąc: „Sprzeciwiam się tworzeniu jakiejkolwiek nowej żelaznej kurtyny między Europą, Unią Europejską a Federacją Rosyjską. Popieram normalne, standardowe, przyjazne i wzajemnie korzystne relacje”.
Cała sytuacja zawiera jednak głęboką ironię polityczną, której nie sposób przeoczyć. Słowacja jest członkiem sojuszu NATO od 2004 roku, a w swoim głównym przemówieniu z okazji Dnia Zwycięstwa Putin ponownie ostro skrytykował ekspansję NATO i jego rolę na Ukrainie. Premier państwa członkowskiego sojuszu siedział zatem na widowni, gdy gospodarz uderzał w jego własny blok obronny.
Putin nie szczędził mocnych słów wymierzonych właśnie w sojusz, którego członkiem jest gość z Bratysławy. „Wielki czyn pokolenia zwycięzców inspiruje dziś żołnierzy realizujących cele specjalnej operacji wojskowej” – oświadczył rosyjski prezydent. Dodał, że jego siły mierzą się z agresją całego bloku NATO, kończąc deklaracją: „Głęboko wierzę, że nasza sprawa jest słuszna”.



