Otwarcie Twittera w pewien zwykły poranek przyniosło pewnemu felietoniście obraz, który sam w sobie miał stać się diagnozą stanu rynków finansowych. Grupa mężczyzn ze smyczami na szyjach i w zapiętych bluzach z kapturem człapała na konferencję poświęconą memecoinom. Cykl spekulacyjnego szaleństwa osiągnął etap, w którym ludzie wsiadają do samolotów i rezerwują hotele, aby świętować istnienie walut, które zaczęły się jako żarty o psach, jak ujął to autor felietonu. Sama scena jest dla niego dowodem, że rynki przekroczyły granicę racjonalności, której zwykle nikt nie zauważa do momentu, gdy bańka pęka z hukiem.
Felietonista przekonuje, że memecoiny nie są ani biznesami, ani technologiami w żadnym istotnym sensie tego słowa. Nie produkują niczego, niczego nie naprawiają i generują dokładnie zero przychodu, chyba że liczyć transfer pieniędzy od ostatniego gościa, który wszedł do gry, do tego, który był tam tuż przed nim. Są w jego ujęciu oparami, zdigitalizowaną pustką, finansowymi kieszeniami powietrznymi przekazywanymi z rąk do rąk z kamienną twarzą, jakby to wszystko było całkowicie racjonalnym zachowaniem. W obecnej chwili wydaje się to normalne, lecz autor zaznacza, że taka percepcja jest funkcją wyłącznie hossy, a nie realnej wartości aktywów.

CYNICZNYM OKIEM: Branża, która kiedyś szczyciła się rewolucją technologiczną, dziś organizuje zjazdy fanów żartu o psie. Konferencja o memecoinach to nie networking – to publiczna deklaracja, że kreatywność rynku skończyła się przy ostatnim emoji.
Wskaźnik Shillera, krach i koniec żartu
Diagnozę otoczenia makroekonomicznego felietonista prowadzi precyzyjnie. Wskaźnik Cena/Zysk Shillera wciąż unosi się w okolicach przyprawiających o zawrót głowy 40-krotności zysków, a wszyscy wciąż zarabiają pieniądze lub tak im się wydaje. Ryzyko stało się puentą żartu, mimo że transakcje związane ze sztuczną inteligencją się sypią, a kredyty prywatne implodują. W takim środowisku konferencja o memecoinach nie wygląda na obłęd, lecz na biznesową okazję networkingową.
Autor proponuje czytelnikowi przewinięcie scenariusza do przodu. Nie chodzi mu o grzeczny spadek ani drobne zachwianie, lecz o prawdziwe tąpnięcie na giełdzie rzędu 30 procent lub więcej. Reklamowanie Dogecoina komuś, kto właśnie patrzył, jak jedna trzecia jego majątku wyparowuje, ma być pierwszym testem rzeczywistej wartości tych aktywów. Spróbujcie wyjaśnić fenomen Shiba Inu człowiekowi krwawiącemu finansowo – i zobaczcie, dokąd was to zaprowadzi, sugeruje felietonista. To, co w hossie uchodzi za błyskotliwy marketing, zaczyna brzmieć jak kiepski żart, gdy portfele inwestorów zaczynają puchnąć od strat.
Argumentacja autora opiera się na fundamentalnej cesze konstrukcyjnej memecoinów. Aktywa te nie mają dna, ponieważ nie stoi za nimi żaden biznes, nie ma przepływów pieniężnych, żadnych aktywów ani mechanizmu, który kotwiczyłby cenę w rzeczywistości. Gdy sentyment pęka, nic ich nie zatrzymuje – one nie spadają, one znikają. Płynność wysycha, oferty kupna parują, a to, co kiedyś było warte miliardy, staje się miastem duchów z porzuconymi nazwami giełdowymi. Felietonista porównuje ten moment do planety Alderaan na dzień przed tym, jak Gwiazda Śmierci obróciła ją w pył.
750 miliardów dolarów nadmiaru
Autor zastrzega, że nie krytykuje całego rynku kryptowalut. Może Bitcoin ma jakąś rolę do odegrania, może Ethereum też – debatę na ten temat zostawia czytelnikom. Krypto jako całość wciąż znajduje się jednak na samym skraju spektrum ryzyka, gdzie mieszka nadmiar i dokąd trafia spekulacja, gdy zwykłe akcje przestają być wystarczająco ekscytujące. Memecoiny zajmują w tej hierarchii pozycję najostrzejszą i najbardziej niestabilną, co czyni je najbardziej narażonym ogniwem całego systemu.
Skala problemu w liczbach jest bezlitosna. Z ekosystemu kryptowalut wartego 2,6 biliona dolarów Bitcoin odpowiada za 1,5 biliona, a Ethereum za 274 miliardy. Pozostaje zatem około 750 miliardów dolarów w nadmiarowych bzdurach i nonsensach, które niekoniecznie muszą istnieć z jakiegokolwiek powodu, jak ujmuje to autor. Ta gigantyczna pula stanowi w jego ocenie czystą spekulację bez ekonomicznego uzasadnienia, czekającą jedynie na moment, w którym muzyka przestanie grać.
Memecoiny nie są inwestycjami, lecz pułapkami na momentum owiniętymi w ironię. Działają tylko tak długo, jak długo po tobie pojawia się ktoś jeszcze bardziej lekkomyślny, co czyni z nich nie strategię, lecz odliczanie do końca cyklu. Felietonista oferuje czytelnikom prostą zasadę weryfikacji każdej takiej inwestycji – jeśli cała argumentacja sprowadza się do tego, że ktoś inny zapłaci za to później więcej, to nie jest inwestowanie, lecz zgłaszanie się na ochotnika do roli płynności wyjściowej dla innych.
CYNICZNYM OKIEM: Każda hossa kończy się tym samym pytaniem – kto ostatni został z aktywem w ręku. Memecoin tym różni się od reszty rynku, że odpowiedź jest gwarantowana z góry, brakuje tylko daty.
Konkluzja felietonu jest pozbawiona złudzeń. Na każdym takim rynku zawsze zostaje ktoś z ręką w nocniku, jak obrazowo ujął to autor, ostrzegając czytelników przed amnezją historyczną podczas pędu ku kolejnym historycznym szczytom indeksów. Konferencja o memecoinach jest dla niego nie tyle wydarzeniem branżowym, ile dzwonkiem alarmowym końca cyklu, w którym ironia zastąpiła analizę, a kapeluszowe bluzy stały się uniformem ostatniej fazy bańki spekulacyjnej. Felietonista nie zapowiada konkretnej daty krachu, lecz formułuje przekonanie, że nie chodzi o to, czy on nastąpi, tylko o to, ilu ludzi w momencie pęknięcia bańki nadal będzie wierzyć w opowieść o cyfrowym psie pomnażającym majątek bez wysiłku.



