Kiedy w lutym 2003 roku brytyjska dziennikarka Julie Burchill pisała na łamach Guardiana artykuł zatytułowany „Dlaczego powinniśmy iść na wojnę„, tłumaczyła liberalnym czytelnikom, że inwazja na Irak to właściwie akt humanitarny. „Jeśli naprawdę uważasz, że lepiej, by więcej ludzi umierało przez dekady pod tyrańskim reżimem, niż by mniej ludzi zginęło podczas krótkiego ataku zewnętrznej siły, jesteś naprawdę dziwny” – przekonywała.
Inny tekst z kwietnia 2003 roku krytykował antywojennych „czarnowidzów”, twierdząc, że ludność Iraku została wyzwolona z okropnej tyranii dzięki działaniom USA i Wielkiej Brytanii. Dwie dekady później te same mechanizmy medialne uruchomiły się ponownie – tym razem w kontekście wojny z Iranem.
Wiele redakcji po Iraku biło się w piersi za bezkrytyczne powtarzanie rządowej propagandy. Ale jak wynika z analizy Middle East Eye, ta autorefleksja nie przełożyła się na trwałą zmianę. Relacjonowanie obecnych amerykańsko-izraelskich ataków na Iran powtarza schematy sprzed ponad dwudziestu lat – z tą różnicą, że tym razem wsparcie dla wojny jest nieco bardziej ostrożne.
Podwójne uderzenia, pojedyncza narracja
Bombardowanie Iranu przez Izrael i Waszyngton pochłonęło już ponad 1200 ofiar śmiertelnych, w tym 165 osób – niemal wyłącznie dzieci w wieku od siedmiu do dwunastu lat – zabitych w amerykańskich atakach typu „double-tap” na szkołę. Technika ta polega na opóźnionym podwójnym uderzeniu, które ma na celu eliminację ratowników i cywilów przybyłych na miejsce po pierwszej eksplozji.
Brytyjski portal Declassified UK ujawnił, że szkocka fabryka broni pomogła wyprodukować pociski rzekomo użyte w tym ataku. Agencja UNESCO nazwała go „poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego”.
Żadne z głównych mediów nie poinformowało o brytyjskim powiązaniu z atakiem na szkołę. Zamiast tego redakcje systematycznie podważały wiarygodność doniesień o ofiarach. Nagłówek BBC z 28 lutego brzmiał: „Co najmniej 153 zabitych po zgłoszonym uderzeniu w szkołę, twierdzi Iran” – analitycy zwrócili uwagę na użycie strony biernej, brak wskazania agresora i sugerowanie wątpliwości co do źródła informacji.
CYNICZNYM OKIEM: Media nauczyły się po Iraku jednej lekcji – nie pisać wprost „popieramy wojnę”. Zamiast tego wystarczy strona bierna, brak sprawcy i cudzysłów przy słowie „ofiary”. Efekt ten sam, ale z czystym sumieniem.

Sky News opisał irański ostrzał Izraela jako „horror”, ale unikał podobnego języka wobec cierpień Irańczyków pod amerykańskimi bombami. The Telegraph usprawiedliwiał ataki, oskarżając krytyków o „wymazywanie historii terroru reżimu”. Jednocześnie to dopiero New York Times jako pierwszy wskazał USA jako prawdopodobnych sprawców ataku na szkołę.
Broń masowego rażenia – sequel bez scenariusza
Przed inwazją na Irak prasa nagłaśniała słynne twierdzenie o „45 minutach” – tyle rzekomo potrzebował Saddam Husajn, by użyć nieistniejącej broni masowego rażenia. The Sun krzyczał nagłówkiem „Brytyjczycy 45 minut od zagłady”, a The Sunday Telegraph pompował teksty o odkryciu dowodów na iracki program nuklearny.
BBC zostało zaatakowane przez rząd Blaira za sugestię, że dossier wywiadowcze zostało „podkoloryzowane”. Afera kosztowała stanowiska zarówno przewodniczącego, jak i dyrektora generalnego BBC. Dopiero raport Chilcota z 2016 roku przyznał im rację – Irak nie stanowił bezpośredniego zagrożenia, a informacje wywiadowcze były wadliwe.
Dziś schemat powraca w nowej odsłonie. Izraelskie władze twierdzą, że przeprowadziły „atak prewencyjny na Iran”, a Trump powoływał się na „bezpośrednie zagrożenie” dla USA – mimo że briefy Pentagonu bezpośrednio zaprzeczały narracji, jakoby Iran miał zaatakować bez prowokacji.
The Times opublikował w czwartek tekst z nagłówkiem „Jak blisko jest Iran od zbudowania broni nuklearnej?” – pomijając kluczowy fakt: Teheran właśnie poczynił poważne ustępstwa w negocjacjach nuklearnych. Omański minister spraw zagranicznych Badr al-Busaidi ujawnił w CBS News, że negocjatorzy USA i Iranu osiągnęli „znaczący postęp”, a porozumienie nuklearne było „w zasięgu ręki” – zaledwie dzień przed atakiem.
Iran zgodził się zmieszać zapasy wzbogaconego uranu do najniższego możliwego poziomu i przyznać inspektorom MAEA pełny dostęp do swoich obiektów. Tymczasem Izrael odmawia uznania własnego programu nuklearnego, odrzuca inspekcje MAEA i – w przeciwieństwie do Iranu – nie jest stroną Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej.
CYNICZNYM OKIEM: Iran robi ustępstwa nuklearne, a dzień później dostaje bomby. Morał? Jeśli chcesz pokoju, nie negocjuj – bo to najskuteczniejszy sposób na zaproszenie do wojny.
Ali Alavi, wykładowca studiów bliskowschodnich w SOAS, zauważył, że o ile inwazja na Irak korzystała z jednolitej narracji bezpieczeństwa po szoku 11 września, o tyle obecna reakcja mediów jest znacznie bardziej fragmentaryczna. Administracja Trumpa sama nie potrafi ustalić celów wojny – raz mówi o zmianie reżimu, raz o zapobieganiu zdolnościom nuklearnym, raz o neutralizacji bezpośredniego zagrożenia.
Kamera z Tel Awiwu, cisza z Teheranu
Gholam Khiabany z Goldsmiths University zwrócił uwagę na geografię relacjonowania. Dziennikarze relacjonują wojnę z Iranem głównie z Tel Awiwu i Waszyngtonu – nie z Teheranu. Porównał to do relacjonowania izraelskiej operacji w Gazie, gdzie podkreślano, że dane o ofiarach pochodzą z „ministerstwa zdrowia zarządzanego przez Hamas”, sugerując ich niewiarygodność.
Philip Seib, profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, był bardziej bezpośredni – o ile w Iraku uproszczone, „kinowe” relacje podsycały poparcie dla inwazji, o tyle argument o Iranie jako egzystencjalnym zagrożeniu dla USA „istnieje jedynie w niespokojnym umyśle Donalda Trumpa”.
W analizie wojny w Iraku mniej niż 10 procent materiałów poruszało kontrowersyjne tematy takie jak ofiary cywilne czy protesty antywojenne. Poniżej sześciu procent dotyczyło uzasadnienia wojny – reszta to dziennikarstwo „wydarzeniowe” realizowane przez reporterów osadzonych w jednostkach wojskowych.
Lindsey German, współzałożycielka Stop the War, która niedawno zorganizowała 50-tysięczną demonstrację w Londynie, przypomniała, że podczas Iraku tylko Independent i Daily Mirror nagłaśniały masowy sprzeciw społeczny. Dziś sondaże YouGov pokazują, że 59 procent Brytyjczyków sprzeciwia się amerykańskim działaniom wobec Iranu, a zaledwie 8 procent chce aktywnego udziału Wielkiej Brytanii. W USA ponad połowa obywateli jest przeciwna wojnie, a sprzeciw wobec użycia wojsk lądowych sięga 74 procent.
Des Freedman, profesor mediów z Goldsmiths, podsumował to bez ogródek: media nie reprezentują tych poglądów i obsługują niemal wyłącznie najbardziej jastrzębie głosy w rządzie. Chaos wokół Trumpa pozwolił części redakcji na bardziej krytyczne relacjonowanie, ale – jak przy Iraku – „bardzo niewielu dziennikarzy zadaje kluczowe pytanie, jak cokolwiek z tego można uzasadnić w świetle prawa międzynarodowego”.


