Krwawe wydarzenia w australijskim Bondi Beach wstrząsnęły światem. Ale jeszcze zanim przestrzelone ulice zdążyły ostygnąć, rozpoczęła się inna walka – o narrację. Zamiast rozmowy o przyczynach tragedii w centrum uwagi znalazła się polityka, a masakra błyskawicznie została wciągnięta w ideologiczny spór o broń, migrację i tożsamość.
CYNICZNYM OKIEM: Współczesna tragedia ma trzy akty – strzały, łzy i konferencję prasową.
Śmierć i narracja – kto zyska na tragedii?
Polityka, jak zawsze, znalazła sposób, by wykorzystać ludzką śmierć. Lewicowi politycy i związane z nimi media od lat stosują ten sam scenariusz: w obliczu ataku natychmiast szukają winnych wśród swoich przeciwników. Kiedy dowody wskazują inaczej – temat znika z nagłówków, a sprawa zostaje przemilczana.
Bondi Beach okazało się tego podręcznikowym przykładem. Sprawcy – dwaj muzułmańscy migranci z Pakistanu – zostali zidentyfikowani dopiero po fali spekulacji w internecie. Oficjalne komunikaty przez wiele godzin unikały podania ich tożsamości, media zaś w pierwszych doniesieniach opisywały raczej „bohaterskiego mieszkańca”, który powstrzymał napastników, niż samych morderców.
Polityczna zasada brzmi prosto: jeśli sprawca nie pasuje do pożądanej narracji, trzeba go ukryć. Jeśli pasuje – zrobić z niego symbol.
CYNICZNYM OKIEM: To nie rasa, orientacja czy religia sprawcy decyduje o medialnym zainteresowaniu – tylko polityczna użyteczność.
W świecie podzielonym na ideologiczne plemiona wartość ofiary zależy dziś od jej tożsamości. Po zamachu na Bondi Beach – w którym zginęli głównie żydowscy uczestnicy koncertu – niektórzy użytkownicy mediów społecznościowych zaczęli łączyć masakrę z wojną w Gazie, sugerując, że „Żydzi sami są winni”.
Podobne mechanizmy obserwowaliśmy wcześniej – po ataku Audrey Hale na chrześcijańską szkołę w Nashville część internetowych aktywistów uznała, że „sprawczyni” była ofiarą „transfobii”. Zbrodnia nagle przestała być potępiana, bo ofiary nie pasowały do obowiązującego światopoglądu.
W tych przypadkach nie chodzi o empatię – chodzi o punkt ideologiczny.
Broń jako kozioł ofiarny
Politycy i media w Australii błyskawicznie wrócili do rozmów o… zaostrzeniu przepisów dotyczących posiadania broni. Problem w tym, że Australijczycy mają już jedne z najbardziej restrykcyjnych regulacji na świecie.
Zaledwie 3,4% obywateli posiada pozwolenie na broń, a zdecydowana większość z tych osób używa legalnych strzelb myśliwskich lub broni sportowej. Odsetek legalnych właścicieli broni popełniających przestępstwa to mniej niż 0,01%.
Mimo to, władze zapowiadają kolejne ograniczenia. Masowa kara za czyny jednostek – to najprostszy sposób, by obywatele przestali być uzbrojeni, a więc niezależni.
CYNICZNYM OKIEM: Każda kulka wystrzelona przez przestępcę to kula w kolano obywatela, który przestrzega prawa.
Najbardziej niewygodne pytanie – o rolę niekontrolowanej migracji z krajów Trzeciego Świata – prawie nie pada w przestrzeni publicznej. Kiedy już ktoś je zada, natychmiast słyszy zarzut „ksenofobii”. Tymczasem to właśnie kwestia migracyjna powraca w większości przypadków przemocy zbiorowej w Europie – od zamachów w Nicei po atak w Bondi.
Zamiast uczciwej rozmowy o przyczynach tragedii, społeczeństwa dostają zestaw gotowych haseł: „to wina broni”, „to wina nienawiści”, „to wina prawicy”.
Polityczna korzyść z tragedii
Tragedie z bronią w ręku mają jedną wspólną cechę – zawsze kończą się wezwaniem do ograniczenia praw obywateli. Tak było po Columbine, po Christchurch, po Uvalde i tak jest po Bondi Beach. Dla polityków to wygodne: nie muszą naprawiać świata, wystarczy, że rozbroją ludzi.
A społeczeństwo – przestraszone i bombardowane emocjami – chętnie oddaje swoje prawa w zamian za obietnicę bezpieczeństwa.
CYNICZNYM OKIEM: Demokracja dobrze się sprzedaje, dopóki obywatele nie mają niczego do powiedzenia – ani w urnie, ani z kabury.
Prawda po cichu, propaganda głośno
Rzeczywistość jest brutalnie prosta: politycy po obu stronach barykady uwielbiają chaos. Jedni wykorzystują go, by mówić o „zagrożeniu demokracji”, drudzy – o „wojnie cywilizacji”. A media – sprzedają panikę, bo strach kliknięciami stoi.
W efekcie społeczeństwa przestają widzieć ludzi w ofiarach i sprawcach, widząc jedynie symbole: białego ekstremistę, migrantkę, transaktywistę, islamistę. Każda kategoria ma swoją funkcję w politycznej grze o emocje, władzę i kontrolę.
Masakra w Bondi Beach nie dowodzi, że „liberalne rządy kochają strzelaniny”. Dowodzi raczej, że większość rządów – liberalnych czy konserwatywnych – wykorzystuje strach, by zwiększyć władzę.
To nie broń, nie religia i nie pochodzenie etniczne są dziś największym zagrożeniem. Największym zagrożeniem jest cynizm polityków, którzy każdą tragedię przekształcają w narzędzie wpływu.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy padają strzały, pierwszą ofiarą jest prawda. Drugą – wolność. A trzecim – zdrowy rozsądek.


