To miało być kolejne święto klimatycznego konsensusu. Szczyt COP30 w brazylijskim Belém – największe spotkanie ekologicznej elity, naukowych autorytetów i polityków, którzy co roku obiecują „uratować planetę”. Ale tym razem coś poszło niezgodnie z planem.
Zanim globalni liderzy zdążyli zasiąść do debat o „sprawiedliwej transformacji”, tłum rdzennych mieszkańców Amazonii przedarł się przez bariery i wtargnął na teren konferencji. Bo jak twierdzą, świat, który ma zostać ocalony, to ich świat – i nikt nie pyta ich o zgodę.
Film opublikowany przez André Vieirę, reportera TeleSURtv, pokazuje setki protestujących z pałkami i transparentami, którzy przepychają się przez ochronę i barykady. Według Reutersa, kilku ochroniarzy zostało rannych, a miejsce obrad zablokowano stołami. Sceny przypominały raczej bunt niż debatę o przyszłości planety. I to jest właśnie paradoks: konferencja, która miała łączyć, znowu rozpoczęła się od zderzenia – tym razem fizycznego.
Ci, w imię których ratujemy planetę, właśnie się zbuntowali
„Rdzenni ludzie zajęli COP30, domagając się, by postawić ich w centrum decyzji klimatycznych” – napisał Vieira. Według relacji, w Belém zgromadziło się ponad 3000 przedstawicieli ludności tubylczej z całej Amazonii, domagających się realnego wpływu na dyskusje, które od dekad toczą się bez nich.
Nie chodzi tylko o ekologię, ale o przywłaszczanie „zielonej narracji” przez bogate kraje i międzynarodowe organizacje, które decydują, kogo chronić, a kogo poświęcić. Dla ludów Amazonii, których życie naprawdę zależy od lasu, klimatyczne konferencje ONZ przypominają luksusowe spotkania o tym, jak zemleć więcej kawy – bez pytania plantatorów.
CYNICZNYM OKIEM: Globalna elita znowu leci prywatnymi odrzutowcami, żeby pouczyć biednych, jak mają oszczędzać drzewo.
W teorii COP30 to platforma współpracy. W praktyce – arena starcia cywilizacji uprzywilejowanych z cywilizacjami wykorzystywanymi. Zachodni aktywiści mówią o redukcji CO₂, ale to kraje rozwijające się płacą rachunek – w surowcach, ziemi i pracy. W tym sensie bunt rdzennych mieszkańców jest bardziej logiczny niż jakikolwiek punkt programu konferencji.
Jak zauważają nawet zachodnie media, zielona transformacja przestała być polityką ekologiczną, a stała się ekonomicznym eksperymentem na własnym społeczeństwie. Niemcy, które miały być wzorem „zielonego cudu”, pogrążyły swój przemysł, osłabiając energetykę i motoryzację. Francja walczy z inflacją napędzaną ograniczeniami produkcji, a reszta Unii dopłaca do własnych błędów.
Tymczasem – Chiny zwiększają zużycie węgla i jednocześnie eksportują panele słoneczne do tych, którzy rezygnują z własnej produkcji. Ekologiczny altruizm Zachodu okazał się idealnym narzędziem dla gospodarczych rywali.
Globalne sumienie, lokalna przemoc. Nowa forma feudalizmu?
To ironiczne, że protesty rdzennych odbyły się właśnie w Brazylii, kraju, który lubi przedstawiać się jako strażnik Amazonii. Prezydent Luiz Inácio Lula da Silva jeszcze niedawno obiecywał, że „Amazonia będzie sercem COP30”. Tymczasem policja tego samego serca musiała bronić przed jego mieszkańcami.
Reuters opisuje sceny, w których protestujący rozbijają zapory i wznoszą okrzyki przeciwko „hipokrytom w garniturach”. Dla świata to incydent. Dla nich – desperacka próba odzyskania głosu. Bo w globalnej debacie o klimacie rdzenni stali się symbolem – ale nigdy uczestnikami.
CYNICZNYM OKIEM: Są zawsze w folderach promocyjnych ONZ – nigdy przy stole negocjacyjnym.
Globalne inicjatywy klimatyczne coraz bardziej przypominają system kredytowy moralności. Bogate kraje kupują spokój sumienia, biedniejsze sprzedają prawo do własnego rozwoju. Zmiany klimatyczne są prawdziwe, ale polityka klimatyczna staje się nowym kolonializmem – czystym energetycznie, brudnym ekonomicznie.
Z perspektywy Amazonii wygląda to groteskowo: zachodni eksperci decydują o przyszłości ludów, które żyją w zgodzie z naturą od setek lat, podczas gdy oni sami wracają do swoich miast, skąpanych w neonach i smogu.
Protest w Belém był więc tylko symptomem czegoś większego – rewindykacji godności. I może pierwszy raz od lat ktoś przerwał festiwal grzecznych przemówień.
Lekcja z dżungli dla świata z betonu
Jeśli COP30 miało być kolejnym krokiem w stronę „nowego zielonego ładu”, to pierwszy dzień pokazał, że świat nie jest na to gotowy – ani politycznie, ani moralnie. Bo jak mówi jedno z haseł niesionych przez protestujących:
„Nie uratujecie planety, jeśli najpierw nie nauczycie się słuchać ludzi, którzy na niej żyją.”
CYNICZNYM OKIEM: Rdzenni mieszkańcy nie potrzebują PowerPointa o zrównoważonym rozwoju. Wystarczy, by globalna elita przestała traktować ich lasy jak teren inwestycyjny.
W Belém uprzywilejowani omawiali klimat, a wykluczeni przypomnieli im, że ziemia ma właścicieli nie w ONZ-ecie, lecz w historii. I że zielona przyszłość nie powstanie z certyfikatów emisji, lecz z gniewu tych, którzy mają dość bycia jej dekoracją.


