Dźwiękiem, który najbardziej zapadł w pamięć z wczesnych dni pandemii COVID-19, nie były alarmy. To była cisza między nimi. Oddziały intensywnej terapii przekształcone w oddziały covidowe, monitory jarzyły się w ciemnych salach, respiratory wtłaczały powietrze do niewydolnych płuc, a pielęgniarki spowite w sprzęt ochronny poruszały się bezgłośnie. Rodzin nie było – zabroniono im przebywania z bliskimi w ich ostatnich godzinach. Przez 715 kolejnych dni autor tych słów pracował w tym środowisku, nie biorąc ani jednego dnia wolnego. Pewnej nocy o trzeciej rano stał przy pacjencie, którego poziom tlenu stale spadał, za drzwiami inny tracił funkcje życiowe, a dalej w korytarzu trzeci czekał na intubację. Przez miesiące tak wyglądała każda noc.
Na OIOM-ie o trzeciej w nocy nie ma polityki. Jest tylko lekarz, pacjent i odpowiedzialność, by zrobić wszystko, co możliwe. Ta filozofia prowadziła lekarzy przez pokolenia – stanowi fundament medycyny klinicznej. Jednak podczas pandemii wydarzyło się coś, co ten fundament podważyło od środka.
Gdy niezgoda stała się przestępstwem
Lekarze zawsze się nie zgadzali – niezgoda jest naturalnym językiem medycyny. Po to istnieją wielkie obchody lekarskie, kluby czasopism naukowych i cała struktura recenzji partnerskich. Medycyna rozwija się poprzez argumentację, nie posłuszeństwo. Podczas pandemii jednak kultura zmieniła się niemal z dnia na dzień. Zamiast pytać, czy dana terapia może zadziałać, instytucje zaczęły pytać, czy dyskusja o niej nie stworzy niewłaściwego przekazu publicznego.
Szpitale ostrzegały lekarzy, by siedzieli cicho. Izby lekarskie sugerowały działania dyscyplinarne. Platformy mediów społecznościowych cenzurowały dyskusje o terapiach, które lekarze na całym świecie aktywnie badali. Środki masowego przekazu przedstawiały niepokornych klinicystów jako lekkomyślnych lub niebezpiecznych.
Podczas kryzysu AIDS lekarze próbowali wielu strategii, zanim pojawiły się skuteczne terapie. To samo dotyczyło sepsy, opieki urazowej i transplantacji narządów. Nikt nie oczekiwał natychmiastowej jednomyślności. Podczas Covidu sama niepewność stała się podejrzana – jeśli lekarz przyznawał, że dowody są niepełne lub doświadczenie kliniczne sugeruje alternatywne podejścia, jego wypowiedzi bywały interpretowane jako wyzwanie rzucone autorytetom.
CYNICZNYM OKIEM: Medycyna od wieków żyła z debaty, ale wystarczył jeden wirus, żeby zamienić ją w korporację z działem PR. Priorytet przesunął się z odkrywania na kontrolowanie przekazu – a to różnica między nauką a propagandą.
Autor tekstu doświadczył tej transformacji na własnej skórze. W trakcie pandemii wypowiadał się publicznie o tym, co widział na OIOM-ie – jakie metody leczenia wydawały się pomagać, jakie polityki wydawały się nieskuteczne i dlaczego lekarze potrzebują swobody w leczeniu pacjentów. Udzielił ponad 4000 wywiadów telewizyjnych i medialnych.
Reakcja była natychmiastowa. Nastąpiły ataki zawodowe, presja na kolegów, by się dystansowali. Zaproszenia znikały. Budowano narracje medialne, które w niewielkim stopniu przypominały rzeczywistość szpitalną.
Cena mówienia – 60 procent dochodów mniej
Prywatnie wielu lekarzy przyznawało, że środowisko stało się toksyczne dla uczciwej dyskusji. W cichych rozmowach zgadzali się, że otwartą debatę zastąpiła presja instytucjonalna. Publicznie jednak bardzo niewielu było gotowych zaryzykować wypowiedź – szpitale zależą od reputacji, uniwersytety od finansowania, lekarze od licencji. Gdy granice akceptowalnych opinii się zawężają, większość profesjonalistów instynktownie robi krok w tył.
Niektórzy lekarze stracili przywileje szpitalne niemal z dnia na dzień. Inni stanęli przed dochodzeniami izb lekarskich wywołanymi nie skargami pacjentów, lecz ich publicznymi wypowiedziami. Kariery budowane przez dziesięciolecia nagle znalazły się w niebezpieczeństwie.
Współprace badawcze znikały, nominacje akademickie były po cichu wycofywane, a reputacja zawodowa publicznie atakowana. Przekaz stał się jednoznaczny – niezgoda będzie niosła konsekwencje.
Autor odnotował około 60-procentową redukcję dochodów – konsekwencję, która trwa do dziś. Presja finansowa, izolacja zawodowa i nieustanna publiczna nagonka przenikały do życia prywatnego lekarzy. Niektórzy zmagali się z rozpadającymi się małżeństwami. Inni całkowicie porzucili praktykę kliniczną lub wycofali się z publicznej dyskusji tylko po to, by chronić swoje rodziny.
CYNICZNYM OKIEM: System, który oklaskiwał lekarzy jako bohaterów pandemii, jednocześnie karał tych, którzy ośmielili się myśleć niezależnie. Bohater jest wygodny, dopóki klęczy – gdy wstaje i mówi, staje się zagrożeniem.
Inicjatywa, żeby nie zapomnieć
Doświadczenia pandemiczne stały się impulsem do powstania inicjatywy COVID Justice, która dąży do dokumentowania historii lekarzy, pielęgniarek, naukowców i pacjentów dotkniętych polityką pandemiczną. Celem nie jest zemsta – jest nim odpowiedzialność i przejrzystość. Rezolucja COVID Justice ma zapewnić, że tłumienie debaty naukowej, cenzura lekarzy i odwet zawodowy nie zostaną po cichu zapomniane.
Jeśli środowisko medyczne odmówi skonfrontowania się z tym, co wydarzyło się podczas pandemii, te same błędy prawie na pewno zostaną powtórzone podczas kolejnego kryzysu.
Historia pokazuje, że instytucje rzadko poprawiają się same bez pociągnięcia do odpowiedzialności. Kolejny kryzys zdrowia publicznego nadejdzie – to nieuniknione. Profesja musi pamiętać, jak łatwo strach może zastąpić rozsądek, jak szybko debata może zostać uznana za niebezpieczną i jak krucha staje się wolność naukowa, gdy instytucje decydują, że pewne pytania nie są już dozwolone.
Bez wolności pytania, debatowania i wprowadzania innowacji medycyna staje się niczym więcej niż biurokratyczną uległością przebraną w biały fartuch. A pacjenci zasługują na coś więcej – na możliwość, że ktoś, gdzieś, będzie gotów złamać zasady, aby uratować im życie.


